Roczne archiwum: 2007

Triodante

Tomek Budzyński, lider zespołu Armia, w wywiadzie z Kubą Wojewódzkim (gdy ten był jeszcze bardziej dziennikarzem niż showmanem) powiedział, że w muzyce którą tworzy chodzi o nadanie słowu jak największej mocy. Mówił wtedy o płycie Legenda, jednak wydaje się, że w przypadku kolejnego „normalnego” albumu – Triodante – pragnienie uczynienia słowa SŁOWEM dalej mu przyświecała.

Płyta to typowy concept-album, Budzy zaprasza nas do podróży przez świat opisany przez Dantego – piekło, czyściec i niebo. Tłumaczy to zresztą nazwę albumu. Muzyka bardzo zróżnicowana – solówki na waltorni przeplatają się z potężnymi riffami przesterowanej gitary. Muzyka służy jednak tylko li jedynie podkreśleniu mocy słów Budzego:

Ruiny morza rozbite o brzegi
Letnie napoje wyplute przez deszcze
Gasnące głosy po nocy na wietrze
A światło świeci w ciemności

Wszystkie te słowa są przez Toma praktycznie rzecz biorąc wykrzyczane, nie ma tu miejsca na melodyjny głosik, znany z późniejszych dokonań zespołu. I dobrze.

Myliłby się jednak ten, który sądził by, że teksty płyty zostały stworzone tylko po to, by ładnie brzmieć. Owszem brzmią ładnie, ale przekazują w dobry sposób to, co płyta miała przekazać: beznadzieję piekła, nadzieję czyścca i radość (moc!) nieba. Budzy nawiązuje przy tym do Becketta, Rimbauda i pewnie wielu innych twórców/utworów. Swoistą perełką jest tu Piosenka liczb:

I z twarzą na północ zrobiłem 3 kroki
I z twarzą na wschód zrobiłem 17 kroków
I z twarzą na północ zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na wschód zrobiłem 6 kroków
I z twarzą na południe zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na wschód zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na południe zrobiłem 6 kroków
I z twarzą na zachód zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na południe zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na zachód zrobiłem 6 kroków
I z twarzą na północ zrobiłem 7 kroków
I z twarzą na zachód zrobiłem 17 kroków
I z twarzą na północ zrobiłem 3 kroki
I z twarzą na wschód zrobiłem 1 krok
Skończyłem
Rozpoczynaj

Być może darzę tę piosenkę szczególnym upodobaniem jako student z Wydziału Matematyki i Informatyki ;).

The Unforgettable Fire

Jakiś czas temu w ramach walki z dysonansem poznawczym, opróżniłem dość dużą część partycji nazwanej „media”, zostawiając sobie jedynie muzykę, którą legalnie zakupiłem. Dużo tego nie zostało.

Dzisiaj w ramach odbudowywania kolekcji udałem się do MediaMarktu. Łowy się udały – wróciłem z płytką U2, której nazwa widnieje w tytule wpisu.

The Unforgettable Fire to dla mnie płyta magiczna. Już sama okładka jest cudowna: zarośnięty jakimiś roślinami zamek, w tle niesamowite chmury, a przed zamkiem dwójka ludzi. Cała scena jest dosyć… bajkowa i ze wszystkich okładek płyt U2, ta podoba mi się najbardziej.

Płyta została wydana już jakiś czas temu (będzie 23 lata), nagrywana była na sprzęcie analogowym i to słychać. Dźwięk jest bardzo miękki, łagodny, nie ma tu cyfrowego ostrza. I dobrze. Po raz pierwszy słuchałem Unforgettable z kasety i myślałem, że to „wina” nośnika, jednak płyta brzmi identycznie.

Napisałem, że płyta jest dla mnie magiczna. Jest to chyba przede wszystkim zasługa utworu tytułowego. Najlepiej jest poczekać do wieczora, wyłączyć światło i cichutko puścić sobie The Unforgettable Fire. Niesamowite przeżycie. Ice… your only rivers run cold.

Oczywiście znajdziemy tu więcej świetnych utworów. Chociażby pierwszy – A Sort of Homecoming. Za każdym razem, gdy wracam do domu przypomina mi się ta piosenka, mimo, że o innym powrocie tu mowa. Być może trzeba na początku trzeba się przyzwyczaić do tego, że Bono czasem tu po prostu krzyczy, ale po pewnym czasie chce się krzyczeć razem z nim: I’ll be there tonight. A co mi tam, przeczytajcie sami (tłum. moje):

Jakby powrót

Wiesz, że czas ruszyć w drogę
poprzez deszcz i śnieg
przecinając pola żałoby
w kierunku odległych świateł

Czekasz na ten czas
upragniony czas odpocznienia
wszystko kręci się wokół
krajobrazu twoich snów

Och, przekraczamy granice
ciągle biegniemy, nie oglądając się za siebie
będę tam, będę tam
jeszcze tej nocy, daleko stąd

mury miast upadną
kurz zasłoni wszystko wokół
twarze przeorane niczym pola
które nie stawiały oporu

a my żyjemy przy drodze
na wzgórzu, tam gdzie wybucha dolina
wywłaszczeni, uduszeni
w trudzie zabierając ziemi jej owoce

(chodź, mówię, chodź)

och, przekraczamy granice
ciągle biegniemy, nie oglądając się za siebie
tej nocy…

(chodź, mówię, chodź)

Wiatr uderzy w zimowym czasie
błyskawice niczym wybuch bomby
nie zwykła mowa, lecz krzyk!

tej nocy wybudujemy most między morzem a ziemią
ujrzymy niebo płonące deszczem
ona umrze i ożyje na nowo
tej nocy…

Twoje serce bije tak wolno
poprzez deszcz i śnieg
przecinając żałobne pola
w kierunku odległych świateł
Nie smuć się i nie płacz
jeszcze tej nocy
wracam do domu

Wracam do domu

2 książki

Korzystając z odrobiny czasu wolnego przeczytałem ostatnio 2 książki: Amerykańscy bogowie Neila Gaimana i Płyńcie łzy moje, rzekł policjant Philipa K. Dicka.

Amerykańscy bogowie często pojawiają się ostatnio na wystawach w księgarniach z racji tego, że niedawno w Polsce zagościła wersja autorska książki. Ja czytałem zwykłą, tzn. nie-autorską.

Jacy są, ci tytułowi amerykańscy bogowie? Tacy jak sama Ameryka i jej mieszkańcy. Część z nich pochodzi z różnych części świata (wiadomo, że imigranci przywozili do Ameryki swoje wierzenia ze sobą), natomiast inni rozpoczęli swe życie już w Ameryce. Do tych drugich zaliczają się bogowie nowocześni – bogini telewizji, czy bóg samochodów. Bogowie ci potrzebują ofiar, krwi i wiary, społeczeństwo zaś wykazuje coraz mniejszą ochotę na wiarę w cokolwiek. Wokół tego problemu toczy się fabuła powieści. Cały świat poznajemy u boku Cienia, który właśnie wyszedł z więzienia. Jeśli ktoś lubi postmodernistyczne powieści – polecam, dobra zabawa. Przypomina mi to trochę Pratchetta, ze względu na podobną „magię rzeczywistości”, którą autor zdaje się wyznawać.

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, to książka, której już sam tytuł mnie urzekł. Dick porusza tu swój ulubiony motyw: co jest rzeczywistością, a co dzieje się tylko w umyśle? Bardzo znany piosenkarz telewizyjny, mający 30-milionową Jason Taverner budzi się pewnego dnia w obskurnym hotelu. Na dodatek nikt go nie rozpoznaje, agent i ukochana nie chcą z nim rozmawiać, twierdząc, że nie wiedzą kim jest. Na dodatek do skóry dobiera mu się Policja, decydująca w przyszłości o tym, co jest złe, a co dobre.

W przedstawionym świecie zaciekawiło mnie miejsce studentów – żyją w podziemiach dawnych kampusów, otoczeni policyjnymi kordonami. Nie mogą opuścić piwnic uniwersytetów, gdyż są tymi, którzy kiedyś przeciwstawiali się władzy. Często pojawiają się teksty w rodzaju „myślałam, że to jakiś student lub narkoman” ;).

Dick umie zręcznie połączyć ze sobą wszystkie motywy, dlatego również lektura jego książki jest przyjemnością, o ile tylko czytelnik przyzwyczai się do specyficznego stylu tego autora.

Najpiękniejsza historia na świecie

Dziś wieczorem rozpoczęło się Triduum Paschalne. Za każdym razem, gdy zapoznaję się z historią, którą Triduum przypomina, urzeka mnie jej niesamowite piękno. Jeśli celem każdej opowieści ma być ukazanie prawdy o człowieku, to ta historia robi to w sposób niesamowity i niepowtarzalny. Jeśli prawdę można stopniować, to w opisie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa jest to prawda największa, gdyż odwołuje się do 3 najważniejszych dni w historii świata, do samego centrum, do samego serca historii ludzkości.

Ta zadziwiająco piękna prawda zawiera w sobie wszystko, co jest w stanie poruszyć serce: zdradę, ofiarę za innych, pozorny tryumf zła i oczywiście zwycięstwo dobra. Czy mogą być słowa bardziej przemawiające do serca mężczyzny, niż słowa Chrystusa wypowiadziane w czasie ostatniej wieczerzy: Lecz teraz kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz!. Czy jest coś, co przemawia do serca bardziej niż postawa milcząca Jezusa wobec oprawców? A Piłat – te kilka słów w których został opisany, pozwala nam ujrzeć cały tragizm rzymskiego prefekta.

Na dzisiejszą Godzinę Czytań przewidziana jest homilia Meltona, która – moim zdaniem – znakomicie oddaje historię Triduum, włączając ją jednocześnie w historię szerszą – bo w całą historię Żydów – narodu wybranego. Odnaleźć tu możemy sens pokropienia przez egipskich Żydów krwią baranka drzwi domu, sens plag, zabicia pierworodnych, sens cierpień proroków, Abla, Izaaka, Jakuba, Józefa. Triduum wszystkiemu nadaje sens. Wszystkiemu – a więc również wydarzeniom rozgrywającym się już po zmartwychwstaniu – wszystkim wydarzeniom aż do chwili obecnej!

Projekt w Ruby

Zafascynowany możliwościami Ruby on Rails, w tej właśnie technologii stworzyłem prosty serwis. Mini CMS+mini galeria. Rzeczywiście, pisało się to dość przyjemnie (zwłaszcza, że jest taki fajny edytor), jednak wydaje mi się, że RoR pokazuje w pełni swoje możliwości przy czymś większym.

Może by tak YAAP-a przenieść?

„Przerwa na reklamę”: expen.pl

Wczoraj swoją komercyjną działalność rozpoczął serwis expen.pl, który wykonałem na warszawskiej firmy Infostolica. Działalność serwisu polega na pośredniczeniu w konsultacjach telefonicznych między Klientami a Ekspertami. Przykładowo, ktoś może posiadać dużą wiedzę z zakresu prawa administracyjnego. Osoba taka rejestruje się w serwisie jako Ekspert, ściąga sobie program do obsługi telefonii internetowej (dowolny klient SIP) i czeka na telefony od żądnych wiedzy klientów. Klienci widząc, że Ekspert jest dostępny, mogą do niego zadzwonić używając telefonii internetowej. Mogą również nawiązać połączenie korzystając ze zwykłego telefonu (dokładniej wygląda to tak, że to expen.pl dzwoni wtedy i do Klienta i do Eksperta). Oczywiście wszystko to nie jest jedynie czynem społecznym – Klienci płacą za połączenie zgodnie ze stawką wybraną przez Eksperta, zaś expen.pl i Ekspert dzielą się zyskami z każdej rozmowy.

Oczywiście istnieje możliwość złożenia „reklamacji”, jeśli dana konsultacja nie spełni oczekiwań Klienta. Każda konsultacja może być oceniona przez Klienta. Każdy też może zapoznać się ze średnią oceną danego Eksperta jak i z ilością jego punktów (punkty te zależą nie tylko od oceny, ale również np. od szybkości odebrania telefonu).

Uczę się japońskiego języka

Wbrew pozorom, szyk wyrazów w tytule jest poprawny. Ale zacznijmy od początku.

Od pewnego czasu w różnych miejscach sieci migała mi nazwa rewolucyjnego – jakoby – frameworka o nazwie Ruby on Rails. Framework jest pewnym szkieletem, o który można oprzeć swoją aplikację – dzięki czemu nie trzeba się martwić np. o przejrzysty układ katalogów, o procedury obsługi bazy danych, etc. Do tej pory programowałem głównie w PHP i uważałem, że język ten jest całkiem przyjemny i dobrze nadaje się do zastosowań, do których go używam. Stosowanie frameworków PHP uważałem raczej za stratę czasu i ograniczenie elastyczności (chyba, że mój własny prosty schemat, wg. którego budowałem większość aplikacji, można nazwać frameworkiem).

Jednakże, jak już powiedziałem, buszując w Internecie zacząłem dość często natrafiać na strony poświęcone Ruby on Rails. Trafiłem tak na blog Jarosława Zabiełły, na polską stronę Railsów, wreszcie na stronę główną i na 15-minutowy filmik (screencast). Filmik ten przedstawiał ni mniej ni więcej, a tworzenie (od zera) systemu obsługi bloga. Zainteresowało mnie to – blog w 15 minut?

Poszperałem dalej. Zwykle z nieufnością podchodzę do sformułowań w stylu: „programowanie aplikacji internetowych nigdy nie było tak proste!”, jednak pewne argumenty (np. niesamowita szybkość i oszczędność kodu) powtarzały się we wszystkich miejscach poświęconych RoR.

Czym więc właściwie są te Railsy?

Jak już napisałem powyżej, Ruby on Rails to framework, znakomicie ułatwiający tworzenie aplikacji internetowych w języku Ruby. Język Ruby jest językiem stworzonym 12 lat temu w Japonii. Jest on w pełni obiektowy i pozwala dowolnie się modyfikować (można np. sposób, w jaki język obsługuje liczby całkowite). Railsy zostały stworzone kilka lat temu przez Duńczyka – Davida Heinemeiera Hanssona. Stanowią one kompletny i jednolity system, pozwalający tworzyć aplikacje w oparciu o architekturę (jak to strasznie brzmi!) Model-Widok-Kontroler (MVC).

Po zapoznaniu się z informacjami nt. RoR, pomyślałem, że jeśli wszystko co do tej pory przeczytałem jest prawdą, to jest to system nadający się idealnie dla mnie. Wizja systemu, który sam wykona za mnie najczarniejszą robotę (komunikacja z bazą danych na przykład) bardzo mi się spodobała. Tak bardzo, że postanowiłem zakupić książkę i po prostu się Railsów nauczyć. Niestety, w ofercie polskiego wydawcy nie znalazłem nic, co by mnie szczególnie zainteresowało. Znalazłem natomiast (już na innych stronach) opis książki Agile Web Development with Rails. Książka ta miała pochlebne recenzje. Jak jednak sprowadzić sobie tę książkę z zagranicznego wydawnictwa? Z pomocą przyszedł Empik.

Zamówiłem więc w niedzielę wieczorem. We wtorek rano dostałem informacje, że mogę odebrać książkę w wybranym punkcie. Tekst z tyłu okładki wyglądał zachęcająco: Twoim zadaniem jest napisać wysokiej jakości, pięknie wyglądającą aplikację internetową. Ma być gotowa na jutro, ale będziesz się nią opiekował przez lata. Chcesz użyć sztuczek takich jak AJAX by uczynić swoje aplikacje prostsze w obsłudze i lepiej odpowiadające potrzebom klientów. Chcesz również użyć technik takich jak REST, by Twoje aplikacje mogły łatwo współdziałać z innymi aplikacjami. Ruby on Rails może być tym, czego szukasz.

No i zacząłem czytać. Dawno nie miałem takiej frajdy. Pomyślałem, że jeśli chcę dobrze nauczyć się tego języka i tego frameworka, to będę sumiennie wykonywał krok po kroku wszystko tak, jak jest to zapisane w książce. Jest to strasznie fajne. W dzieciństwie lubiłem układać budowle z klocków LEGO, zgodnie z zamieszczonymi instrukcjami (by później rzecz jasna utworzyć coś własnego). Nauka RoR przypomina z Agile Web Development przypomina mi tamte zabawy. Czemu tak mi się te Railsy podobają? Otóż:

  • Pozwalają zachować porządek. Każdy element aplikacji ma tu swoje miejsce, nazwę i zakres działań – wszystko ustalone z góry. Nie muszę się martwić o wymyślenie struktury tego wszystkiego – Rails robi to za mnie.
  • Są jednolite i konsekwentne. Bardzo lubię, gdy coś jest konsekwentne. Tutaj wszystkie stosowane konwencje (np. nazwy obiektów) są ustalone i przestrzegane. W PHP panuje pod tym względem pełna samowola (do niektórych funkcji można się dostać jedynie tworząc odpowiedni obiekt, nazwy niektórych funkcji sanierozdzielone, inne są_rozdzielone_podkreśleniami).
  • Posiadają ActiveController. Od długiego czasu szukałem do PHP jakiegoś systemu, który odczytałby stworzoną przez mnie bazę danych i na jej podstawie stworzył odpowiednie klasy, ze wszystkimi zależnościami, z możliwością rozszerzenia, itd. ActiveController robi to wszystko przy minimalnym udziale użytkownika (dyrektywy w stylu belongs_to lub has_many). Żadnej dodatkowej konfiguracji!
  • Bajecznie prosta obsługa AJAX-a. Możliwe jest uzyskanie nieprzeładowujących się stron dzięki zamianie jedynie kilku linii.

Myślę, że takich takich pozytywnych cech jest więcej – zapewne coś jeszcze o RoR pojawi się na blogu. Polecam.

Pachnidło

W drodze na Kongregację Odpowiedzialnych skończyłem czytać zewsząd reklamowany bestseller Pachnidło. Czymś, co zaciekawiło mnie najbardziej są opisy. Nie ma tu opisów tego jak coś wygląda, ale jak to pachnie. Przywołane zostały setki nazw zapachów. Inna sprawa, że niewiele z nich kojarze, ale podziwiam autora, który wykazał się dużym znawstwem opisywanej dziedziny. No, w każdym razie umiał stworzyć takie pozory ;). A poza tym? Przeciętne moim zdaniem – fabuła bez jakichś ogromnych niespodzianek, pomysł z głównym bohaterem – geniuszem zapachu – może i dobry, ale po tych 200 stronach zdążył się jakoś znudzić (przynajmniej mi). Końcówka wzbudziła we mnie mieszane uczucia (może to i dobrze?) – z jednej strony jakaś taka nijaka, a z drugiej to dobre zakończenie powieści, która cała jest utrzymana w turpistycznej estetyce. W skali szkolnej: 4.

Nowy umysł cesarza

Jestem właśnie w trakcie lektury książki Rogera Penrose‚a pt. Nowy umysł cesarza. Autor zastanawia się, czy możliwe jest stworzenie komputera, który działałby tak jak ludzki umysł. Ale jak ten umysł właściwie działa? Aby to wyjaśnić, autor uważa za niezbędne przedstawienie teorii kwantów, ogólnej i szczególnej teorii względności, „klasycznych” teorii fizycznych, zagadnienia obliczalności, determinizmu, twierdzenia Gödla i wielu innych ważnych teorii nauk ścisłych. Czyni to jednak w sposób zrozumiały, każda nowa teoria jasno wypływa z poprzednich, a na początku wystarczy znajomość podstaw matematyki.

Zadziwiający dla mnie jest fakt, że w celu opisania działania ludzkiego umysłu, trzeba powoływać się na tak wiele nowych i zaawansowanych teorii. Jednak nawet te zaawansowane teorie nie wystarczają, aby w pełni wyjaśnić jak to się dzieje, że człowiek potrafi wymyśleć takie rzeczy i rozwiązać takie problemy, których setka komputerów nie rozwiąże nigdy.

Człowiek jest więc zwieńczeniem stworzenia, umysł jest bytem korzystającym z najbardziej zaawansowanych (a może właśnie najbardziej pierwotnych i podstawowych) właściwości naszego świata. Czy istnieją nauki bardziej humanistyczne niż nauki ścisłe, skoro matematyka i fizyka pozwalają nam dojść do takich właśnie wniosków?

Czarne oceany

Podtytuł bloga został zaczerpnięty z mojej ulubionej książki: Czarne oceany. Autor – Jacek Dukaj – przedstawił w niej dość spójną i niestety pesymistyczną (czarną?) wizję przyszłości. Wizja ta składa się z bardzo wielu mniejszych i większych cegiełek – pomysłów Dukaja, dotyczących bardzo różnych sfer życia. Te które najbardziej utkwiły mi w pamięci, to:

Nowa Etykieta. Zaczęło się od procesów o molestowanie seksualne w pracy pod koniec lat ’90 XX wieku. Szereg precedensów doprowadził do sytuacji, w której uśmiech do przechodzącej ulicą kobiety może stać się przestępstwem karanym gigantyczną grzywną (równą życiowemu dorobkowi). Gesty takie jak poklepanie kogoś po plecach, czy wejście do czyjegoś biura bez odpowiednich formułek powitalnych jest już zbrodnią.

Metagiełda. Czyli giełda, która nie odzwierciedla niczego prócz giełdy. Zaczęło się od stosowania prostych programów eksperckich, umożliwiających sprzedaż całości akcji w czasie krachu. Z czasem programy te stawały się coraz bardziej inteligentne, aż do momentu, w którym to one podejmują wszystkie ważne decyzje. Ludzie zajmują się jedynie konserwacją. Najgorsze jest to, że nie ma z tego systemu ucieczki – kraj czy instytucja, która chciałaby zrezygnować z programów eksperckich, zostanie po prostu bankrutem – człowiek nie dorówna w metagiełdowych analizach maszynie. Skutkiem ubocznym jest to, że wskaźniki giełdowe i zależności między nimi stały się nie do pojęcia nawet dla siedzących w cztero- i pięciowymiarowych symulacjach operatorów.

Komputery osobiste. To jest pomysł, który podoba mi się najbardziej. Komputery osobiste nie mają już postaci beżowych skrzynek, nie chowa się ich nawet do kieszeni, a wszczepia bezpośrednio w układ nerwowy. Komunikacja z takimi wszczepkami odbywa się w oparciu o rzeczywistość wirtualną – obok użytkownika takiego komputera pojawia się postać menadżera wszczepki, któremu można wydawać polecenia (myślami, lub przy użyciu np. fantomowego szóstego palca). Dukaj w pełni rozumie możliwości, jakie daje taka wszczepka. W pewnym momencie bohater znajduje się w ciemnym pomieszczeniu. Menedżer wszczepki każe mu klasnąć, a następnie analizując to, jak rozchodzi się dźwięk, jest w stanie ukazać bohaterowi zarysy pomieszczenia (oczywiście w VR). Istnieją – nielegalne wprawdzie – programy w pełni modyfikujące docierającą do ich użytkownika rzeczywistość. Chętni mogą na przykład przenieść się do świata horrorów Lovecrafta. Jak wówczas jednak rozpoznać, czy docierające bodźce są ciągle elementem gry, czy też prawdziwą rzeczywistością? Istnieją również w pełni legalne edytory ruchu, wspomagające strzelanie z pistoletu czy umiejętności oratorsko-retoryczne.

Telepatia. Jednym z głównych elementów książki jest telepatia – tutaj rozumiana bardziej jako pewne upośledzenie układu odpornościowego. Oczywiście nie chodzi o odporność na zarazki, lecz o odporność na psychomemy – hipotetyczne byty, towarzyszące procesowi myślowemu dowolnej istoty. Mózg osoby nieodpornej przyjmuje psychomemy jako własne myśli i uczucia. Skutkiem jest telepatia – myślenie i czucie tego samego, co osoba znajdująca się w pobliżu. A co gdyby pojawiła się epidemia wirusa, który osłabiałby układ odporności na cudze psychomemy? Szaleństwo tłumu, czerń psychomemów zalewająca chore umysły, czarne oceany…