• Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way
Niebieski Pomarańczowy Zielony Różowy Purpurowy

Moja prywatna historia informatyki, cz. I – Atari

Post z kategorii technikalia. Napisał Newton, a był to Maj 21, 2008 roku.
maj 21

Wigilia Bożego Ciała, ten jeden środowy wieczór w roku ma dla mnie szczególnie znaczenie. To w taki właśnie wieczór, w środę 5 czerwca 1996 roku rozpoczęła się moja przygoda z informatyką. 3 dni wcześniej miałem Pierwszą Komunię Świętą i w tym ważnym dniu największą dla mnie radością – strach się przyznać – był fakt, że otrzymałem wystarczającą ilość pieniędzy by kupić sobie rower i komputer. Może raczej komputer i rower. To, dlaczego ten dzień był ważny z powodów bynajmniej niematerialnych, zrozumiałem nieco później… Ale wracając do adremu.

Maszyną jaką kupiłem od znajomego za przewrotną sumę 150 złotych polskich był wspaniały komputer Atari 65XE. W zestawie był magnetofon XC12, kupa kaset magnetofonowych, kilka książek i dwa numery czasopisma Tajemnice Atari. Być może niektórzy z P. T. czytelników potrzebują drobnego wyjaśnienia: przed masową inwazją dyskietek, nie mówiąc o płytach CD i DVD najpowszechniejszym sposobem utrwalenia programów i danych był zapis na kasecie. Zwykła magnetofonowa kaseta była jednakże nośnikiem (o takiego słowa się wtedy używało) dość zawodnym. Magnetofon należało często regulować (nazywało się to „dostrajaniem głowicy” i polegało na kręceniu śrubką), gdyż rozregulowany nie chciał odczytywać gier. Jaką to radością w tych strasznych czasach było poprawne wczytanie programu lub gry (trwało to około 15 minut, 15 minut stresu)!

Jednak owego pamiętnego, środowego wieczoru nie korzystałem z magnetofonu. Nie zapamiętałem niestety instrukcji, którą kolega mi podał, a do której należało się zastosować, chcąc uruchomić z kasety jakikolwiek program. W moje ręce wpadła jednak „dyskietka” (tak to wówczas nazywałem, choć poprawna nazwa to kartdridż – cartridge) z programem Atari Logo. Był to język programowania. Język dosyć niezwykły, trzeba dodać, gdyż jego ważnym elementem był żółw. Co więcej – żółw rysował. Ogrom instrukcji tego języka było instrukcjami, które kazały żółwiowi poruszyć się: do przodu, do tyłu, przekręcić się o X stopni w lewo lub w prawo, itd. Strasznie fajna zabawa dla dzieciaka i pozwoliła mi się zapoznać z tymi wszystkimi stopniami jeszcze zanim mieliśmy to w szkole. Na przykład, program rysujący trójkąt równoboczny o boku długości 40 mógł wyglądać tak:

RT 60
FD 40
RT 60
FD 40
RT 60
FD 40
RT - right turn, FD - forward.

Do kartdridża miałem książkę, która w przystępny dość sposób tłumaczyła tajniki programowania, a było to programowanie w paradygmacie strukturalnym – żeby narysować dom, najpierw uczyło się rysować drzwi, dach i okna – potem z tych gotowych kawałków składało się całość. Fajna sprawa.

Potem przyszedł kolega i nauczył mnie wgrywać gry z kaset. To była jazda. Grą, którą najbardziej zapamiętałem był genialny Robbo. Do dziś lubię sobie pokierować tym biednym robotem uwięzionym w obcym systemie planetarnym (jak to brzmi!). Wciąga i to mocno, nawet po, hmm… 19 latach od wydania.

Po pewnym czasie kupiłem nawet program pt. Robbo Konstruktor – umożliwiał on tworzenie własnych plansz do tej pięknej planszówki. Wiele godzin spędziłem nad zeszytem, w którym powstała plansza, wprowadzana następnie mozolnie do kompa. Świetna rozrywka, tym bardziej, że taką stworzoną planszę można było dać do przejścia kumplowi (który również wymyślał nowe plansze).

Wspomniałem jeszcze o gazetce Tajemnice Atari. Otrzymałem dwa numery wraz z kompem i wyczytałem je chyba do granic możliwości. Do dziś znam niektóry teksty z niej na pamięć i to było drugie (obok w/w książki o Logo i książki o Basicu) moje źródło o informatyce w ogóle. W chwili gdy kupiłem Atari, czyli w tym ’96 roku informatyka była już ostro do przodu, Tajemnice Atari były niewydawane od trzech lat, toteż nie miałem możliwości zdobycia kolejnych egzemplarzy – musiałem się zadowolić tym co mam. A w środku, obok artykułów i recenzji gier znajdowały się programy. Programy do przepisania. Niektóre – te napisane w języku Basic – miały postać czegoś, co przypominało nieco ludzką mowę. Tu i ówdzie pojawiał się jakiś for, jakiś return, data czy open. Gorzej było z programami napisanymi w języku maszynowym. Programy takie miały postać kilkustronicowych listingów składających się z linii takich jak poniższe:

1010 DATA ffffe002e102e0b1e0b150baa9
1020 DATA 0085e285e385e42049b2a9108d
1030 DATA d902a9038dda02a9218d2f02a9
1040 DATA 9b8d50baa98085f1a9ba85f2ad

Nie muszę mówić, że należało to przepisać bezbłędnie? Jednak nie było Internetu, nie było żadnych innych źródeł, co robić? Przepisywało się, czasem nawet to działało. Czasem tylko śniło mi się, że od kogoś udało się załatwić wszystkie numery Tajemnic Atari – było w to w rzeczy samej moje największe marzenie tamtego czasu. Spełniło się kilka lat później, dzięki Internetowi.

No, z tymi innymi źródłami może przesadziłem. W odległości 20 KM od mojej miejscowości był sklep, gdzie można było (za zawrotną sumę 5,90 zł) kupić kasety z grami. Gdy tylko udało mi się uzbierać tę wielką sumę, zaraz męczyłem rodziców, by udać się po jakąś nową grę. Gry czasem się wgrywały, czasem magnetofon odmawiał posłuszeństwa. Jednak te które się wgrały zapewniały rozrywkę na wiele godzin (bo nic innego nie było).

I tak się bawiłem tą Atarką, grałem i pisałem programy. Starałem się maksymalnie wykorzystać niewielkie możliwości mojej maszynki. Z ciekawszych rzeczy, to podłączyłem do komputerka silnik elektryczny (co umożliwiło sterowanie małym samochodem z Lego), czy też kilka kabli przy kubku z wodą pozwalało sprawdzić jej poziom i wyświetlić na ekranie. Nawet dziś nie robię już takich rzeczy ;) .

Atari sprzedałem by kupić Amigę 600 (o której będzie następna część owego cyklu). Z czasem jednak sentyment zwyciężył – dziś jestem posiadaczem dwóch Atarek, z magnetofonem i stacją dyskietek! A jakie to dyskietki! Dorobiłem się także interfejsu, umożliwiającego podłączenie Atari do PC – mogę teraz ściągać gry z Internetu i przegrywać je na komputer, pamiętający jeszcze czasy, gdy U2 dopiero co obudzili się w Ameryce.

1 komentarz

  1. toomyem on Czerwiec 25th, 2010

    Ach, wspomnienia. Łezka się w oku kręci …..



Zostaw odpowiedź

Blog Newtona

Nazywam się Newton. Teraz będę kłamał.

  • Kategorie
    • arduino
    • emo
    • filmy
    • inne
    • książki
    • muzyka
    • nauka
    • podróże
    • technikalia
    • wiara
  • Archiwa
    • Styczeń 2012
    • Grudzień 2011
    • Wrzesień 2011
    • Sierpień 2011
    • Maj 2011
    • Marzec 2011
    • Luty 2011
    • Styczeń 2011
    • Grudzień 2010
    • Listopad 2010
    • Październik 2010
    • Sierpień 2010
    • Lipiec 2010
    • Maj 2010
    • Kwiecień 2010
    • Luty 2010
    • Grudzień 2009
    • Listopad 2009
    • Październik 2009
    • Wrzesień 2009
    • Sierpień 2009
    • Lipiec 2009
    • Czerwiec 2009
    • Maj 2009
    • Kwiecień 2009
    • Marzec 2009
    • Luty 2009
    • Styczeń 2009
    • Grudzień 2008
    • Listopad 2008
    • Październik 2008
    • Wrzesień 2008
    • Sierpień 2008
    • Lipiec 2008
    • Czerwiec 2008
    • Maj 2008
    • Kwiecień 2008
    • Marzec 2008
    • Luty 2008
    • Styczeń 2008
    • Grudzień 2007
    • Listopad 2007
    • Październik 2007
    • Wrzesień 2007
    • Sierpień 2007
    • Maj 2007
    • Kwiecień 2007
    • Marzec 2007
    • Luty 2007
  • Wyszukiwanie






  • Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way

© Copyright Blog Newtona. All rights reserved.
Designed by FTL Wordpress Themes brought to you by Smashing Magazine

Do góry!