Miesięczne archiwum: wrzesień 2007

Doctor Who

Przeglądając listę laureatów międzynarodowej nagrody dla najlepszych utworów sci-fi Hugo, wpadła mi w oko pozycja podpisana jako Best Dramatic Presentation, Short Form. Najlepszą krótką formą w roku 2006 okazał się odcinek serialu Doctor Who pt. Girl in the fireplace. Nazwa serialu wcześniej obiła mi się o uszy, jednak na znajomości tytułu moja wiedza się kończyła. Zaintrygowała mnie jednak nazwa odcinka i po krótkim poszukiwaniu znalazłem miejsce, gdzie można odcinek obejrzeć online (choć nie wiem jak z prawami autorskimi). Urzekł mnie klimat, sama historia i dialogi. I na tym moja fascynacja Doctorem Who by się skończyła, gdyby nie fakt, że kilka dni później odkryłem, że w Polsce można kupić na DVD serię (13 odcinków) z 2005 roku. Niewiele się zastanawiając (bo i cena przystępna) zamówiłem te prawie 10 godzin dobrej (jak się spodziewałem) zabawy. Nie zawiodłem się. Serial jest super i to z kilku przyczyn:

Doctor1. Główny bohater. Tajemnicza postać, ostatni przedstawiciel Władców Czasu. Przedstawia się jako Doktor. Bardzo sympatyczny, a przy tym charakterny. Zawsze zachowuje pogodny humor, a szczególnie rozbrajający jest uśmiech z jakim wypowiada słowo fantastic, gdy dowiaduje się, że losy ziemi i rasy ludzkiej po raz kolejny zależą od niego i jego asystentki, Rose. Umie się odnosić do siebie z dystansem, choć zna swoją wartość (Jeśli jestem mądry, a jestem genialny, to może się udać!). Mimo wszystko ma jednak 900 lat i jest istotą potężną – boją się go nawet niszczycielskie Daleki:

Dalek-Nie! Oznacza to, że ocalę ją! Zamierzam ocalić Rose Tyler z samego środka floty Daleków. Później zamierzam ocalić Ziemię. Następnie, żeby to dobrze skończyć, zniszczę wszystkie śmierdzące Daleki.
-Ale nie masz żadnej broni! Żadnych sił! Żadnych planów!
-Jasne! Śmiertelnie was to przeraża, prawda?

2. Humor. Nasz bohater podróżuje przez czas i przestrzeń statkiem o nazwie Tardis, który wygląda ni mniej ni więcej jak niebieska budka telefoniczna. Jego głównym narzędziem jest niesamowity, ultradźwiękowy… śrubokręt. Humor nie czyni jednak z serialu komedii, gdyż…

3. Fabuła jest zwykle dość ambitna, a często nieco straszna (wyobraźcie sobie dziecko w masce gazowej, które przychodzi nie wiadomo skąd i jedyne słowa jakie wypowiada to: „czy jesteś moją mamusią?”… brrr…). Fabuła może skłonić do rozważań, np. na temat roli TV w świecie (rozwój ludzkości został zahamowany o co najmniej 100 lat, gdy władzę nad TV przejęli kosmici). Uzupełnieniem fabuły są doskonały…

4. Dialogi. Zapadają w pamięć i dobrze przedstawiają charaktery bohaterów. Często powodują, że po plecach przechodzą ciarki (tak jak tamten powyżej). Posłuchajcie jeszcze tego:

Robot: Jestem siódmym robotem naprawczym.
Doktor: Co stało się w takim razie ze statkiem kosmicznym? Jest tam wiele zniszczeń.
Robot: Burza jonowa, 82% systemu zostało uszkodzone.
Doktor: Ten statek nie poruszał się przez lata. Co się stało?
Robot: Nie mieliśmy części.
Mickey: Wszystko do tego się sprowadza, prawda? Do braku części.
Doktor: Co stało się z załogą, gdzie oni są?
Robot: Nie mieliśmy części.
Doktor: Ale powinno tam być 50 osób. Co się z nimi stało?
Robot: Nie mieliśmy części.
Doktor: Niemożliwe, że 50 osób po prostu zniknęło. Gdzie… Aha. Nie mieliście części, więc użyliście załogi.

5. Estetyka. Serial jest produkowany już od lat 60. Nie było wówczas wielkich możliwości technicznych jeśli chodzi o efekty specjalne. Dodatkowo, przy serialu pracowało wówczas wielu radiowców, dlatego większość efektów było efektami dźwiękowymi. Teraz oczywiście w serialu wykorzystywane są efekty generowane komputerowo, jednak nie ma się wrażenia przesytu, znanego z wyjścia po kinie z jakiejś wielkiej hollywodzkiej produkcji.

Kiedyś nawet leciało na TVP, może znowu kiedyś puszczą? Polecam.

Mam PDA

Gdy byłem młodszy i oglądałem filmy przygodowe dla młodzieży (wiecie, te o grupce młodych ludzi którzy ratują świat przed globalnym zanieczyszczeniem, czy czymś jeszcze gorszym), często pojawiały się tam rozmaite gadżety. Jednym z najczęściej używanych był kieszonkowy komputerek z dostępem do jakiejś sieci (w chwili, gdy oglądałem te filmy, Internet nie był jeszcze chyba tak rozpowszechniony), pozwalający na przeprowadzenie telekonferencji. Bardzo chciałem wtedy mieć taki gadżet. Jakiś czas temu postanowiłem kupić sobie palmtopa (choć nie wiem, czy ma to związek z niezrealizowanymi dotąd marzeniami dzieciństwa).

Do tej pory miałem telefon Sony Ericsson P910i, który też jest już całkiem niezłym komputerkiem, ale to jeszcze nie to. Główną wadą był w jego przypadku brak WiFi – sieci bezprzewodowej, no i jego system operacyjny o dźwięcznej nazwie Symbian. Niestety jest na niego nieco mniej oprogramowania i ciężko jest (moim zdaniem) tworzyć własny soft, niż ma to miejsce w wypadku konkurencyjnego Windows Mobile.

Ponieważ nie chciałem nosić dwóch urządzeń jednocześnie (zabrakłoby w końcu kieszeni), postanowiłem rozglądnąć się za palmtopem, który miałby jednocześnie moduł GSM, czyli byłby między innymi telefonem. Szczególną uwagę zwróciłem na produkty firmy, która specjalizuje się w takich urządzonkach – mowa tu o HTC. Firma ta znana jest również jako SPV, a czasem jako MDA. Najpierw myślałem o M3000. Jest dość mały i sympatyczny, niestety ma już swoje lata. Jego wady to wolny procesor (200MHz) no i to, że wyszedł już ze sprzedaży oficjalnymi drogami dystrybucji. Ja i tak chciałem kupić model używany, ale brak wsparcia producenta oznacza w szczególności brak aktualizacji oprogramowania.

Rozejrzałem się więc za nieco nowszymi zabawkami. Bardzo zainteresował mnie M5000. Duży ekran (640×480), szybki procesor – super! Niestety duży ekran sprawia, że całe urządzenie jest dość duże. Nie ma tu mowy o noszeniu w kieszeni. Musiałbym więc nosić go w plecaku, a więc pewnie pozostawić sobie drugi telefon, by mieć go zawsze przy sobie. W pewnym momencie byłem o krok od kupna, jednak na Allegro wypatrzyłem w dość atrakcyjnej cenie model, który został w końcu moją własnością. Mowa tu o…

SPV M3100. Ten PDA ma mniejszy ekran (320×240), jednak dzięki temu mieści się bez problemu w kieszeni i jest w dodatku mniejszy od mojego poprzedniego telefonu. Ma szybki procesor (400MHz), dzięki czemu Windows Mobile się nie ślimaczy. Ponadto jest cały czas wspierany przez producenta, dzięki czemu od paru tygodni dostępny jest Windows Mobile 6 (poprzednie opisywane modele miały system w wersji 5). Fajnie, gdyby producenci komputerów również za darmo aktualizowali Windowsy ;).

Poza wspomnianymi wyżej cechami komputerek posiada pełną wysuwaną klawiaturę QWERTY. Ułatwia to bardzo pisanie SMS-ów, maili, czy korzystanie z innych aplikacji (w Windows Mobile jest Word, Excel i PowerPoint). Wbudowane są także dwa aparaty. Ten z tyłu ma 2 megapiksele i służy do nagrywania filmów/zdjęć (choć osobiście nie lubię korzystać z tej funkcji jakichkolwiek urządzeń, nie będących aparatami fotograficznymi). Kamerka z przodu może służyć do prowadzenia telekonferencji. Być może Skype będzie kiedyś obsługiwał to urządzenie?

Urządzenie posiada również interfejsy IrDA (może przy zainstalować oprogramowanie do sterowania domowym sprzętem RTV bezpośrednio z PDA – tak jak zwykłym pilotem), bluetooth oraz WiFi. Mnie najbardziej cieszy ten ostatni – przy dużej dostępności sieci bezprzewodowych, można rzeczywiście powiedzieć, że Internet jest wszędzie :). Tam gdzie nie ma WiFi, można się łączyć przez GPRS, Edge i UMTS. Jest również port mini-USB, do zasilania, słuchawek i synchronizacji. No i port kart – microSD (dość tanie, na Allegro 70zł za 2GB, z gwarancją).

Minusem są słuchawki. Nie ma tu normalnego wejścia słuchawkowego (mini-jack) a jedynie wejście mini-USB i trzeba wydawać kolejne pieniądze na odpowiednie przejściówki.

A jakie odczucia z samego użytkowania? Dość szybko przyzwyczaiłem się do Windowsa, telefon posiada fajny kalendarz i książkę adresową. Wszystko to można synchronizować z Outlookiem. Niestety, użytkownik Linuksa z Thunderbirdem nie będzie korzystał z tej opcji zbyt często. Poza tym możliwości są naprawdę ogromne – od gier (Worms World Party, Age of Empires, Tomb Raider – wszystko tak wygląda i brzmi jak na PC), aż po soft naukowy (są tu nawet poważne systemy Computer Algebra System – tak więc mój PDA może scałkować jakieś wredne funkcje za mnie ;).

Student informatyki może sobie również ściągnąć za darmo Microsoft Visual Studio 2005 (dzięki uczelnianemu programowi MSDNAA), odpowiednie dodatki i samemu pisać oprogramowanie na to cudeńko. Oczywiście skorzystałem z tej możliwości. Owocem moich 4-dniowych męk jest programik wyświetlający nazwę danego dnia z kalendarza liturgicznego (np. dziś jest to XXII Niedziela okresu zwykłego). Programuje się całkiem przyjemnie, po raz pierwszy pisałem coś większego w C# – nowym (no, parę lat…) języku Microsoftu. Pisanie dla PDA nie różni się niczym od pisania dla zwykłego komputera, do momentu, gdy chciałoby się wykorzystać jakieś szczególne funkcje, których na zwykłym PC się nie uświadczy. Na przykład korzystanie z tego ekranu, na którym są wyświetlone różne informacje (nazywa się to Today screen) to prawdziwa mordęga…

Gdyby ktoś chciał, to może sobie ściągnąć pliczek i zainstalować na swoim PDA. Dołożyłem wszelkich starań, żeby wszystko działało OK, ale nie odpowiadam za błędne działanie programu. Powinno działać pod Windows Mobile 6, jeśli ktoś chce, żeby mu skompilować pod wcześniejszy system, niech da znać.