• Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way
Niebieski Pomarańczowy Zielony Różowy Purpurowy

Dziennik pokładowy

2010-08-09, 11:05

Wczoraj rozpoczęliśmy nasz rejs. Dość długo się zbieraliśmy z Wilkas (niedaleko Giżycka) – trzeba było iść do kościoła, na zakupy, a jak na zakupy to i na obiad. Na nasz posiłek w giżyckiej pizzerii czekaliśmy około godziny (!), w międzyczasie przez miasto przeszła wielka ulewa. Gdybyśmy byli na środku jeziora nasza sytuacja byłaby nieciekawa.

Ale wypłynęliśmy. Dla mnie była to pierwsza podróż jachtem. Albo prawie pierwsza – miałem w dzieciństwie jakiś epizod z żaglówką i burzą, ale mechanizm wyparcia skutecznie pozbawił mnie wspomnień z tego wydarzenia.

Płynie się fajnie. Wiatr wieje, łódka się przechyla i zasuwa całkiem szybko – zmierzyliśmy naszą prędkość przy użyciu ogryzka i wyszło nam 4-5 km/h (co potwierdził później GPS). Moją rolą w 6-osobowej załodze jest póki co bycie balastem („na lewo burta!”, „na prawo burta!”), choć przy zwrocie przez sztag luzowałem już i wybierałem szot foka (haha!).

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
paź 09

Teoria strun duszy

Bo to jest tak, że dusza przypomina z grubsza otwarte pudło. Taki prostopadłościan, bez jednej ściany – tam od góry do dołu ponaciągane są struny, bo jest to pudło rezonansowe. Uderzy ktoś w jedną strunę – ogarnia Cię melancholia, w inną – radość dzika lub złość straszliwa. I zadanie sztuki na tym ma polegać, żeby te struny pobudzać odpowiednio. Oczywiście, ciągnąć palcami za nitki delikatne to żadna sztuka i tak naprawdę efekt tego mizerny. O wiele lepiej, gdy sztuka struny pobudza dźwiękiem o odpowiedniej częstotliwości. Tym dźwiękiem czasem może być słowo, scena, fragment melodii lub zdanie – dzyń! i ciarki na plecach i alarm w głowie: „nie wiem o co chodzi, ale czuję, że o coś wielkiego”.

To z tego powodu tak uwielbiam Doktora (Władcę Czasu, nie Medyka-Narkomana). Twórcy serialu idealnie wyczuli to, jak moje struny są podokręcane (wszak każdy ma je naciągnięte inaczej nieco) i dalejże! Każdy odcinek sprawia, że chce mi się śmiać, że jestem całkiem nieźle przerażony i oczywiście czuję ten smutek, z którym Doktor mówi „I’m sorry, I’m so sorry”. Wzorcowy pod tym względem odcinek to oczywiście „Girl in the fireplace„.

Słuchałem w wakacje dość namiętnie ostatniej płyty Gabrieli Kulki i A. wyciągnęła mi gdzieś z kartonu oryginalną płytę Tori Amos, bo to (jak wszyscy wiedzą) podobne. Kojarzyłem T., ale żeby tak całą płytę przesłuchać, to nie. No i objawienie – z dźwiękami Tori rezonuje mi strasznie dużo strun. Chyba nie umiałbym ich nawet wszystkich nazwać (o, to może być cecha sztuki prawdziwej). Chciałbym, żebyście i Wy to poczuli, ale co ja mogę? Wkleić kawałek piosenki? I jaka pewność, że Wasze struny są tak nakręcone jak moje i że nasze pudła zabrzmią podobnie?

Czytaj więcej 1 komentarz   |   Napisał Newton
wrz 09

Project Euler

Matematyka obowiązkowa na maturze! I co tu napisać? Nawet gdybym zdawał maturę w tym roku to ten przedmiot wybrałbym tak czy siak. Najchętniej pośmiałbym się z jęków przerażonych maturzystów i wspomniał o „humanistach” (koniecznie w cudzysłowie), ale nie ma co kopać leżącego. Uważam, że matematyka to podstawa każdej nowoczesnej nauki, a jej znajomość jest niezbędna dla każdego kto chce o sobie z dumą mówić, że jest ogólnie wykształcony (nie mówiąc już o kolejnych stopniach wtajemniczenia naukowego).

Ostatnio znalazłem bardzo fajną stronę, z ponad dwoma setkami zadań matematyczno-informatycznych. Zazwyczaj zadanie takie składa się z krótkiego wprowadzenia i zagadki, na którą trzeba odpowiedzieć wprowadzając jedną liczbę. Cudo to nazywa się Project Euler i jest naprawdę wciągające dla osób, które lubią takie łamigłówki i znają chociażby podstawy programowania w dowolnym języku. Zadanie pierwsze można jeszcze od biedy policzyć na kartce:

Jeśli wypiszemy wszystkie liczby naturalne poniżej 10 które są wielokrotnościami 3 lub 5, otrzymamy 3, 5, 6 i 9. Ich suma to 23.

Znajdź sumę wielokrotności 3 lub 5 mniejszych od 1000.

Ale z kolejnym nie byłoby już tak łatwo:

Każdy nowy wyraz w ciągu Fibonacciego jest utworzony poprzez dodanie do siebie dwóch poprzednich wyrazów. Rozpoczynając od 1 i 2, pierwsze 10 wyrazów to:

1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, …

Znajdź sumę wszystkich parzystych wyrazów ciągu które nie przekraczają 4 milionów.

Naprawdę fajna i wciągająca sprawa. Można potrenować znajomość języka programowania, algorytmów, matematyki i angielskiego. Ja rozwiązałem już 50 problemów (co przy 254 zagadkach nie jest niczym imponującym), ale staram się dalej ;)

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
sie 09

WHW cz. 2 – Ryanair

Obiecałem kolejny wpis opisujący naszą wycieczkę. Tak więc parę słów na temat przelotu Ryanairem.

Najtańszym, najszybszym i najlepszym sposobem dostania się do Glasgow z Polski jest samolot. Krótki przegląd cen biletów sprawił, że zdecydowaliśmy się na korzystania z usług Ryanair. Cena wyświetlona w wyszukiwarce połączeń jest bardzo zachęcająca i wynosi zwykle 19 – 69 zł (kupowaliśmy w kwietniu, więc z 3-miesięcznym wyprzedzeniem). Niestety, do ceny tej należy doliczyć parę rzeczy.

Opłaty lotniskowe to standard, wyświetlone są mniejszymi cyframi po prawej stronie i wynoszą około 100 zł (zależy od lotniska). Kolejną kwotą wyświetloną mniejszymi cyframi jest odprawa online, o której jeszcze napiszę. Jej koszt to 20 zł. Reszta opłat (już niewyświetlona), to:

  • „Opłata z tytułu obsługi płatności”. Czyli płacimy za to, że możemy zapłacić. 5 € od osoby za lot w jedną stronę.
  • Opłata za bagaż. Ryanair dopuszcza bagaż podręczny o ograniczonym rozmiarze i wadze 10 kg, bez płynów, ostrych narzędzi, itd. Można dokupić bagaż rejestrowany, 15 kg, co przy wyjeździe w góry jest niezbędne. 10 € od osoby za lot w jedną stronę.

Tak więc bilet kupiony. Nie dane nam jednak było zaznać spokoju oczekiwania na wakacje. W czerwcu dostałem maila, że loty z Krakowa do Glasgow są odwołane i mogę ubiegać się o zwrot kasy, pod podanym linkiem. Sytuacja wielce niezadowalająca – wszak drugi bilet (na przykład z Wrocławia) na ten sam termin w czerwcu byłby już droższy niż w kwietniu. Postanowiłem zadzwonić.

Ryanair ma w Polsce infolinię pod numerem 0700…, 2 zł / minutę. Po 5 minutach oczekiwania odezwał się konsultant (po angielsku oczywiście), wypytał o szczegóły i przebukował nam bilet za darmo – zamiast Krakowa polecieliśmy z Wrocławia. Niby nie ma się czym cieszyć, takie przebukowanie powinno być standardem, ale tak naprawdę to nigdy nie wiadomo.

Nadeszła w końcu wigilia wyjazdu i pakowanie plecaków. Warto pilnować wagi bagażu (żadna przyjemność zostawiać rzeczy na lotnisku). My dzień przed odlotem poszliśmy ważyć plecaki na pocztę. W bagażu nie można mieć butli gazowych (trzeba kupić na miejscu). Na pokład nie można wnosić płynów, chyba, że kupione w sklepie bezcłowym, już po odprawie.

Wynalazkiem (dosyć fajnym) Ryanair jest „odprawa online”. Po kupnie biletu, na 15 dni przed podróżą (lub później, byle nie mniej niż 4 godziny przed odlotem) należy wydrukować sobie kartę pokładową, czyli bilet. Oszczędza to stania w jednej kolejce (na lotnisku i tak kolejek jest dużo). Z taką kartą idzie się zważyć bagaż (który na taśmie gdzieś odjeżdża). Następnie, z samym bagażem podręcznym można już udać się do ostatniej odprawy i kontroli celnej (zdjąć trekkingowe buty!)

Wracając zapomnieliśmy odprawić bagaż i z tymi plecakami poszliśmy prosto do odprawy osobowej (ciesząc się, że mała kolejka). Pani na lotnisku w Glasgow była jakaś niekumata i zamiast skierować nas do odprawy bagażowej kazała upychać wszystko do plecaków (tak, byśmy mieli jeden bagaż podręczny). Na szczęście w porę zorientowaliśmy się o co chodzi i oddaliśmy bagaż rejestrowany w innej kolejce, choć nerwów było sporo.

Polecieliśmy i wróciliśmy. Misja Ryanair zakończona sukcesem.

PS. Przy powrocie zostało mi nieco brytyjskiego bilonu. Postanowiłem kupić pizzę na pokładzie. Wielkość kanapki, odgrzewana w mikrofali (a komórki każą wyłączać!), cena jak za dobrą pizzę w Glasgow. Trzeba było wziąć 3 Snickersy.

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
sie 09

West Highland Way

W radiu mówili, że wakacje polegają na tym, że człowiek zajmuje się czymś innym niż na co dzień. Ponieważ ja codziennie przesiaduję parę godzin przy stole z laptopem, moje wakacje polegały na 9 dniach łażenia. Miejsce? West Highland Way – szkocka trasa piesza.

WHW to długa trasa, ma 152 km. W zależności od kondycji można ją przejść w 5, 6 lub 7 dni. My przeszliśmy w 8 ;) Trasa zaczyna się w największym szkockim mieście, Glasgow, prowadzi m.in. wzdłuż największego szkockiego jeziora, Loch Lomond do stóp największej szkockiej góry, czyli Ben Nevis. Kończy się w Forcie William, miejscowości podobnej do naszego Zakopanego (z tym, że na północy, a nie na południu kraju).

Tyle, jeśli chodzi o fakty. Co z wrażeniami subiektywnymi? Zacznę może od estetycznych. Szkocja jest ładna. Skojarzenie z zielonymi górami (te po których biegał William Wallace z Braveheart) jest jak najbardziej słuszne. Góry i pagórki są porośnięte, bardzo rzadko ujrzeć można gołą skałę. Najczęściej spotykaną rośliną są paprocie, które porastają wszystko tak jak u nas kosodrzewina. Fajnie, bo paprocie są niższe i nie zasłaniają widoków. A te są spektakularne. Zwłaszcza ostatnie dni podróży były niesamowite, nawet plecak przestał ciążyć, ogromna przestrzeń i podróż ze wzgórza na wzgórze, piękna sprawa.

Trasa nie przechodzi przez żaden szczyt, co pozwala skupić się na samym chodzeniu, nie jest celem zdobywanie kolejnych wzniesień. Choć oczywiście podejść jest dużo i niektóre są bardzo wyczerpujące (zwłaszcza jak się nie zabierze wody…)

Do tego należy dodać jeszcze jeziora – bardzo ich w tych górach dużo. Przede wszystkim Loch Lomond (wzdłuż którego szliśmy 1,5 dnia), ale też i mniejsze. Razem z A. zboczyliśmy z WHW na 5 minut, by zobaczyć to wielkie jezioro ze szczytu Conic Hill – widok niesamowity.

Jeden z uczestników wyprawy powiedział nam szkockie przysłowie o pogodzie: „jeśli ci się nie podoba, poczekaj 5 minut, na pewno dostaniesz inną”. Coś w tym jest. Zwykle było pochmurno i to jest najlepsza pogoda do chodzenia. Czasem wyglądało słonko, jednak niestety, codziennie przez jakiś czas padało. Zazwyczaj udawało się wysuszyć rzeczy, choć jeden popołudniowo-wieczorno-nocno-poranny deszcz był chyba najmniej przyjemnym momentem podróży. Konieczność rozstawiania i chowania namiotu w ulewie i zakładanie mokrych butów, brr. Ale przeżyliśmy, a jadąc do Szkocji było wiadomo, że takiej właśnie pogody należy się spodziewać.

Wspomniałem o namiocie? W Szkocji można rozstawić sobie namiot w dowolnym miejscu w granicach rozsądku. Odpada raczej podwórko przed czyimś domem, ale już łączka za pagórkiem jest jak najbardziej odpowiednia. Korzystając z tej wolności połowę nocy spędziliśmy śpiąc na „dziko”, połowę zaś w zorganizowanych campingach. Cena za noc w takim campingu to £6/osobę, w to wliczone są gorące prysznice (co za rozkosz!). Istnieją również „free wild camping”, zwykle przy hotelach. Są to miejsca z ładnie skoszoną trawą, na których można się rozbić za darmo, ale bez dostępu do WC i łazienek. Coś za coś.

Oczywiście człowiek oprócz spania musi też coś zjeść. W polskim Tesco nakupowaliśmy sobie zupek chińskich, gorących kubków, parę kiełbas, kabanosów, margarynę, marmoladę i chleb. Mieliśmy też kuskus i jakiś chiński makaron, którego nie trzeba gotować a można zalać wrzątkiem, do zjedzenia z sosem. Można na tym przeżyć, tak zwykle wyglądały nasze śniadania i część obiadów lub kolacji. Oprócz tego staraliśmy się eksploatować napotkane puby. W życiu nie zjadłem tyle frytek, dodawane są do wszystkiego. Oprócz tego smażone mięso i ryby. Wszystko niezdrowe i tłuste – takie jak lubię ;) Cena za posiłek którym można się najeść to około £6-8, oczywiście najlepiej wchodzić do zatłoczonych knajp.

Jako informatyk oczywiście nie mogłem się obyć bez nowoczesnych technologii. Całą trasę relacjonowałem na żywo, używając swojego ostatniego dzieła – hikerloga. Ponieważ łączenie się z Internetem przez Orange kosztowałoby więcej niż cały wyjazd razem wzięty, kupiłem kartę sieci Three (10 zł na Allegro) i doładowałem ją już w Glasgow (drukują paragony z kodem, jak u nas). Za £10 dostałem 150 MB, co wystarczyło w zupełności na wysyłanie błyskotliwych komentarzy i fotek z komórki. Jeśli ktoś chce mieć tani Internet na wyjeździe za granicą – polecam taką metodę.

Myślę, że to nie jest jedyny wpis o WHW, na opisanie czeka jeszcze opis bojów z Ryanair i ogólnie opis komunikacji. Tymczasem zapraszam do oglądania:

  • fotografii na Google Picasa,
  • relacji na żywo w Hikerlogu (który niedługo będzie miał oficjalną premierę).
Czytaj więcej 5 komentarzy   |   Napisał Newton
lip 22

hikerlog – serwis blogów podróżniczych

Od dłuższego już czasu pracuję nad nowym serwisem o nazwie hikerlog. Strona umożliwiać będzie tworzenie blogów podróżniczych i opisywania podróży już w czasie ich trwania. Serwis zamierzam upublicznić w sierpniu, ale już teraz można tam zajrzeć, poczytać i obejrzeć kilka krótkich fotorelacji. Za tydzień będzie jeszcze ciekawiej – postaram się przetestować hikerloga w praktyce i opisywać na bieżąco wycieczkę na trasie West Highland Way.

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
lip 20

Márai o lądowaniu

Jest godzina czwarta nad ranem, kiedy w naszym mieszkaniu w Salerno rozbłyskuje ekran telewizora. Pierwszy człowiek, Armstrong, w tej chwili stawia stopę na Księżycu. Za nim jego towarzysz; obraz jest ostry, wyrazisty. Przysnąłem trochę w ciągu tego długiego czuwania, teraz przecieram oczy, odpędzam senność, mrugam powiekami. Robię to razem z setkami milionów ludzi, którzy widzą na własne oczy i słyszą na własne uszy, jak dwóch ludzi staje na Księżycu. Zaskakuje mnie, że nie znajduję w sobie uczucia entuzjazmu. Może dlatego, że ta chwila przekracza próg wyobraźni, widzę coś, na co świadomość nie potrafi już automatycznie odpowiedzieć? Armstrong i jego towarzysz niezgrabnie, słoniowato gramolą się z rakiety, zataczając się, w kangurzych podskokach odtańcowują księżycowy balet.

W gazetach, w radio i telewizji skrzypi retoryka lądowania na Księżycu. „Człowiek wyruszył w Kosmos, zwyciężając grawitację, przekroczył wymiar Czasu i Przestrzeni…” „Człowiek otrzymał w świecie nowe zadanie…” Wspomnienie, które zachowałem z porannej godziny, jest, nie wiadomo dlaczego, przygnębiające. Los Człowieka związany jest z Ziemią i jakkolwiek by się wysilał, musi pozostać Człowiekiem tu, na Ziemi.

Sándor Márai, Dzienniki

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
lip 19

3 filmy gangsterskie

Wrogowie publiczni

Do kin weszli właśnie „Wrogowie publiczni”, film gangsterski z Johnnym Deppem w roli głównej. Film długi i dobry. Bardzo lubię lata ’30, w USA był to czas wielkiego kryzysu, długich płaszczy, kapeluszy i broni maszynowej. Depp w filmie wcielił się w swojego imiennika – Johna Dillingera, nazywanego w tych latach Wrogiem Publicznym nr 1. Jego antagonistą jest niejaki Melvin Purvis, agent Biura Śledczego, które w tych latach miało dostać dodatkowy przymiotnik: Federalne, to znaczy takie, które może ścigać przestępców w wielu różnych stanach. Dillinger ma swoich przyjaciół – gangsterów – i razem obrabiają różne instytucje w widowiskowy sposób, ew. uciekają z więzień. Dla miłośników takiego kina – kawał dobrej zabawy.

Gorączka

Po „Wrogach publicznych” nabrałem chęci na więcej. „Gorączka” to film z dwiema gwiazdami – Alem Pacino i Robertem De Niro. „Złym” jest tu Neil McCauley (De Niro), zaś dzielnym policjantem – Vincent Hanna (Pacino). Film bardzo podobny do „Wrogów publicznych” (no, odwrotnie, bo „Gorączka” była 14 lat wcześniej). Wyraziste postaci po przeciwnych stronach barykady, Neil ze swoimi ludźmi robi widowiskowe napady, ale i Vincent jest świetnym gliną.

Bardzo podobny jest wątek romantyczny – w obu przypadkach wygląda to tak, że gangster wchodzi do lokalu, zaczyna rozmawiać z nieznajomą dziewczyną, zakochuje się w niej (z wzajemnością) i obiecuje wyjazd gdzieś daleko, oczywiście po załatwieniu kilku spraw. W „Gorączce” większy nacisk położony jest na relację między gliną a przestępcą (piją nawet razem kawę i jest to jedna z najlepszych scen filmu). Ważnym wątkiem jest również fatalny stan relacji rodzinnych Vincenta. Smutny film i dobry.

Donnie Brasco

I zatoczyliśmy kółko. Kolejny gangsterski obraz, tym razem z Deppem i Pacino. Różni się od pozostałych – nacisk położony jest nie na spektakularne akcje, ale na rozwój relacji. Bo i takie jest zadanie agenta FBI o pseudonimie Donnie (Depp), który musi zinfiltrować środowisko brooklyńskich przestępców, zdobywając zaufanie jednego z nich – Lefty’ego (Pacino). Misja ta mu się udaje – jednak zdobywając przyjaźń Lewusa, zaczyna oddalać się od FBI i rodziny (znowu motyw schrzanionego życia rodzinnego gliny), a przybliżać do swoich nowych przyjaciół. Fabuła ma miejsce w latach ’70 (co widać na plakacie obok) i jest oparta na faktach (tak jak „Wrogowie”).

McCauley

Czytaj więcej 1 komentarz   |   Napisał Newton
cze 30

Przegląd seriali

Seriale, ach seriale! Bieżący rok akademicki upłynął mi pod znakiem oglądania krótkich filmów, zaczynających się od znamiennych słów: previously on … No właśnie, co w miejscu tych trzech kropek?

House

Housowi poświęciłem już osobną notkę, toteż nie będę się powtarzał. Póki co przerwa – skończyła się 5 seria, ale we wrześniu ma być 6-ta. Zobaczymy…

Doctor Who

Nie mógłbym napisać notki o serialach bez wspominania Doktora. Ale o nim też już kiedyś pisałem.

Jericho

Dwie krótkie serie. Historia małego amerykańskiego miasteczka po ataku jądrowym na największe miasta USA. Najbardziej podobał mi się początek – historia ludzi, którzy starają się po prostu przeżyć, zachowując amerykański styl życia, czyli odrobinę wygody ;) Później pojawia się motyw rządowego spisku. Całość niestety wydaje się zakończona nieco na siłę.

In treatment

Serial przypominający nieco sztukę teatralną. Każdy odcinek to rozmowa psychiatry i pacjenta. Pacjenci pojawiają się cyklicznie – jeden odcinek to rozmowa z młodą gimnastyczką, później małżeństwo z problemami, żołnierz z Iraku, kilka innych osób i znowu gimnastyczka, itd. Nie ma co się tu spodziewać nieprawdopodobnych efektów specjalnych czy zapierającej dech akcji, ale rozmowy są ciekawe. Uwaga – serial bardzo przygnębiający.

Deadwood

Świetny serial produkcji HBO, prezentujący życie na dzikim zachodzie w XIX wieku. Świetne postaci (moim idolem jest Al Swearengen ze zdjęcia), dialogi, humor (często czarny) no i historia. Duży poziom wulgarności – słówko cocksucker pada tu zwykle 1,5 razy na minutę (ktoś to zmierzył ;) .

Ciekawy sposób przedstawienia bohaterów. Wspominany Al, który jest mordercą i alfonsem jest bardzo sympatyczny (głównie przez inteligencję i poczucie humoru). Natomiast krystalicznie czysta moralnie postać szeryfa Bullocka budzi niechęć – gdyż owemu stróżowi prawa straszliwie brakuje luzu.

Większość głównych bohaterów to postaci historyczne, również samo Deadwood to istniejące w rzeczywistości miasto.

Battlestar Galactica

Dziś dokończyliśmy oglądanie 4 (ostatniej) serii. Kawał dobrej sci-fi. Na początku odcinki stanowią pojedyncze historyjki (w sumie takie lubię najbardziej), później pojawia się główny wątek, któremu wszystko inne powoli się podporządkowuje.

A. twierdzi, że serial zawiera świat widziany oczami mężczyzny. Możliwe, że coś w tym jest, choć z definicja mężczyzna nie jest w stanie tego spostrzec ;) Nie jest to jednak bezmyślna rąbanka – wiele tu nawiązań to religii (różnych religii), filozofii, ważną rolę odgrywa też polityka. Widać, że serial pomyślany był jako całość składająca się z 4 serii – bardzo ładnie się wszystko komponuje, nie ma miejsca na pośpiech (jak w przypadku Jerycha) i wszystkie wątki zostają ostatecznie zakończone.

I lektura na koniec

Warto również zwrócić uwagę na dwa artykuły z Przekroju – na temat seriali w ogólności, a także o tłumaczach napisów.

Czytaj więcej 1 komentarz   |   Napisał Newton
cze 23

Ready-made

Marcel Duchamp wprowadził do sztuki XX wieku pojęcie ready-made. Pojęcie to odnosi się do przedmiotów codziennego użytku, które – nazwane sztuką – stają się nią. Sztandarowym przykładem jest pisuar, postawiony przez Duchampa w galerii z podpisem Fontanna.

Ruch Fluxus przejął od Duchampa tę ideę:

Ejże, filiżanka do kawy może być piękniejsza od zmyślnych figurek. Morderstwo rankiem może być bardziej dramatyczne od dramatu Pana Wielka Wyobraźnia. Clupanie mojej stopy w moim mokrym bucie może być znacznie piękniejszym dźwiękiem od wymyślonej muzyki organowej.

I czemu to wszystko piszę? Bo dawno nie widziałem przedmiotu tak pięknego, jak palnik Pocket Rocket firmy MSR.

Czytaj więcej Brak komentarzy   |   Napisał Newton
cze 16

Gingerbread – prezentacja

Jedną z fajniejszych rzeczy na studiach jest Programowanie zespołowe. Wszyscy studenci III roku podzieleni są na 5-osobowe zespoły i przez cały rok każda grupa pisze jakiś program – wymyślony przez siebie lub narzucony przez opiekuna. W maju lub kwietniu odbywa się gala, na której grupy prezentują swoje dokonania. Wszystko to naprawdę robi wrażenie i muszę przyznać, że w poprzednich latach patrzyłem na dokonania starszych kolegów z dużym podziwem. Dzięki TV UMK już po 1,5 miesiąca (!) mogę przestawić naszą prezentację. Projekt nazywa się Gingerbread.

Czytaj więcej 2 komentarzy   |   Napisał Newton
Poprzednia strona 2 z 11 Następna strona

Blog Newtona

Nazywam się Newton. Teraz będę kłamał.

  • Blip
  • litrgy.com
  • Archiwa
    • Sierpień 2010
    • Lipiec 2010
    • Maj 2010
    • Kwiecień 2010
    • Luty 2010
    • Grudzień 2009
    • Listopad 2009
    • Październik 2009
    • Wrzesień 2009
    • Sierpień 2009
    • Lipiec 2009
    • Czerwiec 2009
    • Maj 2009
    • Kwiecień 2009
    • Marzec 2009
    • Luty 2009
    • Styczeń 2009
    • Grudzień 2008
    • Listopad 2008
    • Październik 2008
    • Wrzesień 2008
    • Sierpień 2008
    • Lipiec 2008
    • Czerwiec 2008
    • Maj 2008
    • Kwiecień 2008
    • Marzec 2008
    • Luty 2008
    • Styczeń 2008
    • Grudzień 2007
    • Listopad 2007
    • Październik 2007
    • Wrzesień 2007
    • Sierpień 2007
    • Maj 2007
    • Kwiecień 2007
    • Marzec 2007
    • Luty 2007
  • Wyszukiwanie






  • Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way

© Copyright Blog Newtona. All rights reserved.
Designed by FTL Wordpress Themes brought to you by Smashing Magazine

Do góry!