Lost vs Six feet under

Zakończyłem w ostatnim czasie oglądać dwa seriale: Lost (Zagubieni) i Six feet under (Sześć stóp pod ziemią). Oba dość znane, Lost ma 6, a Six… 5 serii, kręcone były w odpowiednio drugiej i pierwszej połowie zeszłej dekady. Jednocześnie jednak bardzo się różnią – wydaje mi się, że różnica między nimi jest kluczowa dla całego serialowego świata i dzieli go na dwie części: „rozrywkową” i „realistyczną”.

Lost (jak zresztą pewnie wiecie) to historia grupy rozbitków lotu Oceanic 815, którzy próbują przetrwać na pełnej tajemnic wyspie. Z czasem (w retrospekcjach) poznajemy historię każdego z bohaterów i można odnieść wrażenie, że nie trafili na wyspę przypadkowo – zwłaszcza, że ich losy przecinały się już przedtem. Wyspa okazuje się być zamieszkana i z odcinka na odcinek jedna tajemnica goni drugą. Są to tajemnicy dotyczący miejsca, w którym pasażerowie samolotu się znaleźli, ale i samych pasażerów.

Six feet under to opowieść o zakładzie pogrzebowym prowadzonym przez rodzinę Fisherów – braci Nate’a i Dave’a. Fabuła każdego odcinka luźno snuje się wokół pogrzebu konkretnej osoby lub osób, która ginie w początkowej scenie. Jest to zabieg podobny do zastosowanego w Housie – choć to Six feet… było wcześniej. Poznajemy więc rodzinę Fisherów – wymienieni bracia mają jeszcze nastoletnią siostrę Claire i matką Ruth, poznajemy ich partnerów i przyjaciół. Jest to jednak dość małe grono i rzadko się zdarza, by ktoś do niego dołączył (w przeciwieństwie do Lost gdzie znaczących bohaterów jest kilkudziesięciu). Czytaj dalej

Postrzelajmy

Ostatnia gra stworzona w oparciu o Arduino może się wydawać trochę niemęska. Nie dość, że nie chodzi w niej o pokonanie kogokolwiek, to w dodatku trzeba rozpoznać (!) i zapamiętać parę kolorów. Stwierdziłem, że czas stworzyć grę, w której gracz będzie mógł ujawnić drzemiącą w nim adrenalinę i chęć mordu. Proszę państwa, oto Shooter.

Zasada jest prosta. Płytka wyobraża straszliwą bestię z pięciorgiem oczu. Oczy co jakiś czas się zapalają – wówczas należy skorzystać z Lekkiego Działka Laserowego (LDL) i strzelić potworowi w otwartą źrenicę. Należy jednak uważać, aby nie strzelić w oko zamknięte (czyli w zgaszoną diodę). Nie należy również zbyt długo się zastanawiać – jeśli oko zapalone jest zbyt długo, przegrywamy. Filmik jak zwykle rozwieje wszelkie wątpliwości.

No i parę słów o budowie. Do tej gry nie wystarczył już polecany w poprzednich notkach Starter Kit. Zmuszony byłem dokupić 5 fotodiod (po 1 zł / szt.) i wskaźnik laserowy (5 zł na targowisku, u pana ze wschodnim akcentem). Diody wziąłem jakie były – w domu okazało się, że mają maksymalny opór około 220 kΩ. Poza tym wszelkie niezbędne części znajdziecie w polecanym zestawie. Przy każdej fotodiodzie należało zbudować dzielnik napięcia przy pomocy 10 kΩ-wego rezystora. Buzzer podłączamy przez rezystor 220 Ω. Grę rozpoczyna się strzelając laserem w dowolną diodę. Dobrze jest grać w ciemnym pomieszczeniu – silne światło (zwłaszcza słoneczne) może sprawić, że fotodiody zaczną reagować. Do ściągnięcia oczywiście program.

De-Loused in the Comatorium

Przeglądając stare wpisy na blogu zdziwiłem się, że żadnego z nich nie poświęciłem zespołowi The Mars Volta – tymczasem ich debiutancka płyta De-Loused in the Comatorium jest jednym z najlepszych kawałków muzyki, jaki miałem okazję słuchać. Nie zrozumcie mnie źle – Legenda czy The Unforgottable Fire też są bardzo dobre, ale jednak The Mars Volta to coś zupełnie innego od zespołów, które znałem wcześniej (i później też).

De-Loused… to concept-album opowiadający o niejakim Cerpinie Taxt’ie. Cerpin próbował popełnić samobójstwo zażywając dużą dawkę morfiny zmieszanej z trutką na szczury. Próba jest jednak nieudana – nasz bohater zapada w śpiączkę, podczas której doświadcza wizji. Na wiki piszą, że wizje te mają dotyczyć kondycji ludzkości i jego własnej psychiki. Mi się wydaje, że tych wizji nie da się opisać słowami (gdyby się dało, to czemu miałby służyć album?). Po tygodniu Cerpin się budzi i stwierdza, że po tym, czego doświadczył, dalsze życie nie ma sensu. Historia jest niejakim hołdem dla przyjaciela zespołu – Julio Venegas – który zmarł w podobnych okolicznościach, jak Cerpin. Czytaj dalej

Zegar binarny

Kolejna zabawka z migającymi diodami – tym razem jest to zegar binarny. Światełek jest już 17 i są w różnych kolorach. O tym jak odczytać godzinę z takiego urządzenia opowiadam na filmie.

Jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami technicznymi, to są one podobne do poprzednich projektów – 8 diod podłączonych do rejestru przesuwnego, a reszta do wyjść cyfrowych Arduino. Płytka nie posiada niestety żadnego wewnętrznego zegara, dlatego czas trzeba brać z PC-ta. Żadna dioda nie jest w 100% zgaszona – te prezentujące „0” świecą po prostu nieco ciemniej, żeby można było łatwo policzyć sobie godzinę w nocy. Efekt ten uzyskałem poprzez bardzo szybkie błyskanie – oko wychwytuje mruganie o wysokiej częstotliwości jako nieco przygaszone światło. Dostępny jest kod aplikacji Arduino (wymaga biblioteki Time) i skryptu w Ruby udostępniającego płytce czas (trzeba uruchomić na PC, po zainstalowaniu gema serialport).

Gra w zapamiętywanie kolorów

Podoba mi się to łączenie kabelków w nowej zabawce i postanowiłem stworzyć grę. Moim celem było wykorzystaniem jak największej ilości elementów, które otrzymałem ze starter kita. I chyba mi się udało – moja gra wykorzystuje wszystkie diody (łącznie z diodą RGB), przyciski i głośniczek. A o co w tym szczytowym osiągnięciu elektronicznej rozrywki chodzi?

Konsola prezentuje (za pośrednictwem diody RGB) kilka kolorów (na początku 3, później 4, itd.) Celem gracza jest zapamiętać je wszystkie, a następnie wybrać je w takiej samej kolejności za pomocą układów sterowania (lewy przycisk zmienia kolor, prawy przycisk zatwierdza). Każdemu kolorowi towarzyszy dźwięk, co może być ułatwieniem (zapamiętujemy wszystkimi zmysłami). Oprócz tego czerwone diody LED ułożone w rządku mówią nam, którą pozycję aktualnie układamy – czy chodzi o pierwszy, drugi czy trzeci kolor, itd. Jeśli misja się powiedzie (co sygnalizuje lewa dioda), wówczas przechodzimy do następnego poziomu i mamy o jeden kolor do zapamiętania więcej. Jeśli nie (zaświeci się prawa dioda) – zaczynamy od nowa.

Gra nie jest przesadnie skomplikowana, ale potrafi wciągnąć. Poniżej filmik z przykładową rozgrywką.


Czytaj dalej

Arduino

Wczoraj przyszło pocztą moje Arduino. O tym co to za ustrojstwo można poczytać w wielu miejscach w Internecie. Mi się wydaje, że jest to najprostszy sposób, aby ze świata komputerów i programowania przejść do świata elektroniki. Arduino to płytka elektroniczna, którą z jednej strony podłączamy do komputera przez USB, a z drugiej strony ma kilkanaście wejść/wyjść cyfrowych i analogowych, do których w prosty sposób możemy podłączyć dowolne elementy i układy elektroniczne (na przykład diody LED, wyświetlacze, czujniki temperatury, itd.) Ludzie robią z tym niesamowite rzeczyroboty, gry telewizyjne, instrumenty muzyczne – a wszystko to w dość prosty sposób.

Moją płytkę kupiłem w sklepie nettigo w zestawie o nazwie starter kit. Oprócz samej płytki dostałem tzw. płytkę stykową (dzięki której można tworzyć swoje układy bez lutowania), kupę kabli (ku uciesze A.), 10 czerwonych diod świecących, jedną kolorową diodę RGB, czujnik temperatury, dwa guziki, czujnik światła (fotorezystor), tranzystor i układ scalony (tzw. rejestr przesuwny). Jednym słowem – wszystko co trzeba, aby zrobić z płytką milion ciekawych rzeczy. Czytaj dalej

Król Bólu

Skończyłem właśnie czytać zbiór opowiadań Jacka Dukaja. Książka gruba, przypomina Lód – czarna, twarda okładka, identyczna typografia. W środku 8 opowiadań. Autor pisze w postscriptum, że opowiadania te przypominają raczej powieści i trudno się z nim nie zgodzić – pierwszy tekst ma 229 stron, cała książka 820.

Czasem wydaje mi się, że Dukaj ma do dyspozycji szklaną kulę lub sprytny program, który działa według następującego schematu: bierzemy współczesny świat i wyławiamy z niego dowolny trend, jakiś element, który w przyszłości mógłby znacznie wpłynąć na rzeczywistość. Następnie zakładamy, że wpłynął. Dalej już dzieje się samo – wystarczy obserwować, jak zmienia się język, stosunki międzyludzkie, polityka, ekonomia, rozrywka. Czytaj dalej

Limit 16 GB, dyski USB i Xbox 360

Jednym z niezbędnych dodatków do konsoli Xbox 360 jest dysk twardy. Umożliwia on zapisywanie stanu gry, przechowywanie gier ściągniętych z Internetu i wersji demonstracyjnych. Dyski dedykowane Xboksowi są dość drogie, ale od wiosny tego roku istnieje możliwość wykorzystania pamięci USB – pendrive’ów i dysków USB. Niestety, istnieje pewne ograniczenie – na takim dysku można zapisać maksymalnie 16 GB danych. A więc nawet jeśli posiadamy dysk wielkości 500 GB, Xbox będzie umiał zająć jedynie owe 16 GB. Gdzieś w Internecie przeczytałem, że można wówczas podzielić dysk na partycje, po 16 GB każda. Takie działanie jest jednak bezcelowe. Xbox 360 i tak zainicjalizuje dysk po swojemu, tworząc jedną wielką partycję a na niej folder Xbox360 o wielkości 16,5 GB. Co więc zrobić, aby wykorzystać większą część napędu?

Sposób jest banalnie prosty. Dysk przystosowany do pracy z Xboksem podłączamy do komputera. W katalogu głównym siedzi wspomniany już folder Xbox360. Tworzymy jego kopie nazwane na przykład Xbox360-1Xbox360-2, Xbox360-3, itd. Każdy z tych folderów możemy traktować jako oddzielny, 16 GB-owy wolumin. W jednym momencie możemy korzystać tylko z jednego folderu. Jeśli się już zapełni (na przykład zainstalujemy na nim Bioshocka 2 i Gears of War 2) i potrzebujemy więcej miejsca, podłączamy dysk do PC-ta i zmieniamy nazwę folderu Xbox360 na przykład na Xbox360-Bioshock2-GOW2, a jeden z wcześniej utworzonych folderów przemianowujemy na Xbox360. Znowu mamy 16 GB wolnego miejsca! Jeśli po miesiącu chcemy znowu mieć dostęp do Bioshocka, podłączamy dysk do PC i zmieniamy nazwę odpowiedniego folderu na Xbox360.

Podsumowując – możemy utworzyć dowolną ilość kopii folderu Xbox360 i żonglować nimi korzystając z PC-ta. Wystarczy pamiętać, że Xbox będzie korzystał zawsze z folderu nazwanego Xbox360.

Żółwia grafika

Wypożyczyłem wczoraj jedną z książek, która miała znaczący wpływ na moje życie. Jest to pozycja o nazwie „Atari Logo – komputerowe przygody”. Tę samą książkę zakupiłem w wieku 9 lat razem z moim pierwszym komputerem – Atari 65 XE. Ponieważ nie umiałem wczytać z kasety żadnej gry, pozostało mi uruchomić Atari Logo i zagłębiać się w ten nowy, fascynujący świat.

Przeglądam książkę teraz i jest tak samo świetna, albo i lepsza jak 14 lat temu. Jest to podręcznik programowania w języku LOGO przeznaczony dla dzieci. Język jest dość specyficzny – przy jego pomocy można wydawać polecenia widocznemu na ekranie żółwiowi. O takiemu jak po prawej.

Sam żółw nie jest zwyczajnym gadem. Zwierzak jest bowiem wyposażony w pisak, którym może rysować po ekranie. Wystarczy wydać mu polecenie, aby ruszył przed siebie lub obrócił się. Po wpisaniu komendy FD 10 żółw przesuwa się do przodu o 10 kroków. RT 90 pozwala obrócić żółwia o 90 stopni w prawo, zaś REPEAT 4 [FD 10 RT 90] rysuje nam kwadrat. Czyż to nie piękne?

A. ostatnio pytała mnie, czy mam w swoim rodzinnym mieście jakieś magiczne miejsca, które są dla mnie ważne i które wspominam z rozrzewnieniem. Potrafiłem przypomnieć sobie kilka uliczek, rogów czy drzew, ale uświadomiłem sobie później, że najciekawszym miejscem było jednak biurko z Atari. Było to miejsce nieograniczonych możliwości. Przepisałem z książki parę programów. Program rysujący dom. Nostalgia leje się wiadrami.

Ku przestrodze – Orange Free i przedłużenie umowy

W lipcu skończyła mi się 2-letnia umowa z Orange. Już w kwietniu zadzwonił do mnie konsultant, proponując przedłużenie jej o kolejny rok. Zgodziłem się, bo w sumie jestem zadowolony z usług tej sieci. Od początku roku korzystam z pakietu Orange Free 39,5 – dają 2 GB za 40 zł, co mnie urządzało, pan z Orange zaproponował mi Orange Free za pół ceny (z rozmowy zrozumiałem, że mam płacić 39,5 / 2 ~ 20 zł). Urządzało mnie to jeszcze bardziej.

W sierpniu przyszło już zapłacić abonament w nowej wysokości (około 60 zł). Nieco się rozczarowałem dostając SMS-a o rachunku w wysokości nieco ponad 100 zł, ale stwierdziłem, że wakacje, dużo rozmów, nie ma się czym przejmować. Nie dostaję faktur papierowych, rachunek mogę sobie wygenerować w Orange Online, kasa natomiast jest automatycznie ściągana z mojego konta (polecenie zapłaty), tak więc cały proces płacenia dzieje się niejako za moimi plecami (co jest dość wygodne).

W kolejnym miesiącu rachunek znowu wyniósł nieco ponad 100 zł – zrzuciłem to znowu na karb wakacji. Sytuacja powtórzyła się jednak w październiku. Próbowałem ściągnąć listę opłat z Orange Online, serwis niestety przechodził akurat jakąś modernizację. Gdy w listopadzie znowu widzę kwotę 104,50 zł (identyczna jak poprzednio) nieco się już zdenerwowałem. Na fakturze (którą udało mi się ściągnąć) widniała pozycja: usługi internetowe – 69,50 zł. Co się okazało? Czytaj dalej