Archiwa kategorii: muzyka

Fight Club

Obejrzałem dziś po raz któryś tam Fight Club. Kiedy oglądałem ten film za pierwszym razem, wymiękłem po pierwszych 30 minutach. Film wydawał się dziwny, na dodatek zapowiadało się, że głównym motywem jest historia grupy ludzi, którzy sens życia odnaleźli we wzajemnym waleniu się pięściami. Za drugim razem doszedłem do końca i… film mnie olśnił – zwłaszcza fabularnie. Może gdy ma się do czynienia z czymś naprawdę dobrym, to trzeba do tego dojrzewać? Każda kolejna projekcja (no, powiedzmy do czwartej 😉 pozwala wejść głębiej i głębiej.

Nasze społeczeństwo wkracza powoli w etap, na który ten film jest satyrą. Fight club to lek na zagubienie związane z tą przemianą, generującą pokolenie yuppie. Pociągająca jest taka kontestacja, takie stawianie siebie ponad, a w przypadku Fight Clubu – poniżej tego wszystkiego. Świadomość: obejrzałem film, w którym mówią, że „nie jesteś zawartością swojego portfela”, więc rzeczywiście wiem o życiu coś więcej, odkryłem prawdę, mogę więc wrócić za swoje biurko. Jak twierdzą mądre i odwieczne otchłanie Internetu, „watching Fight Club does not make you a Philosopher”. Mimo to film jest dobry, polecam.

A piosenka Chłopacy mojej ulubionej kapeli jako żywo pasuje do filmu.

Viva la Vida – minirecenzja

Ostatnia płyta Coldplay jest jak wakacje. Przypomina mi długie, choć pełne życia (tytuł płyty zobowiązuje) wakacyjne wieczory, po dniu pełnym wrażeń – jest tu pewien spokój, ale jednocześnie od czasu do czasu daje o sobie znać skumulowana energia. Wakacje są fajne, więc i płyta jest w porządku.

Gospel

Odkąd kupiłem płytę Gospel minęły już dwa miesiące. Chyba dojrzałem, aby w końcu napisać o niej coś więcej. Na początek: jest świetna. Reszta na wykresie.

Ps. WW twierdzi, że to nie jest muzyka dla niemyślących niekumatych. Coś w tym jest.

Twórcy źli i dobrzy

Istnieją twórcy dobrzy i ci źli. Różnią się pewnie całą masą różnych rzeczy, mi jako informatykowi nie wypada pisać o wszystkich. Napiszę za to o jednej. Jest to – moim zdaniem – warunek konieczny, by artysta mógł być określony jako dobry. Jest to bardzo prosty warunek – dobry twórca, gdy stworzy już swoje działo, powinien umieć milczeć.

To znaczy nie milczeć w ogóle – niech sobie tworzy inne dzieła. Jednak nie powinien wypowiadać się już na temat tego, co stworzył. Nijak. Nie powinien mówić, co chciał przez to dzieło przekazać. Nie powinien prostować błędnych interpretacji. Najlepiej, gdyby w ogóle zapomniał, że stworzył coś takiego, zadowalając się jedynie powiększającym się saldem w banku.

Oczywiście, może się też wypowiadać, udzielać wywiadów, napisać nawet kolejną książkę, gdzie – kawa na ławę – wyłoży o co mu chodziło. Jednak żadne słowo, którego mógłbym użyć do określenia tego artysty, nie będzie nawet odrobinę zbliżone do „dobry”.

Czemu? Dzieło powinno być autonomiczne. Atomowe. Niepodzielne i samowystarczalne. Czemu twórca pisze tę książkę, ten wiersz, maluje obraz, rzeźbi ten kawałek kamienia, tworzy symfonię lub rysuje węża w Paincie? Czemu po prostu nie mówi: chodzi mi o to i o tamto, a to i to chciałbym przekazać? No, czemu? Dlatego, że tego co chce powiedzieć, nie da się wyrazić inaczej, niż tylko korzystając z wybranej przez niego formy. Jeśli da się wyrazić, jeśli da się wiersz opowiedzieć własnymi słowami, jeśli da się przesłanie filmu streścić tak, że wpłynie na słuchającego tak jak na widza, to znaczy, że nie mamy do czynienia z żadnym dziełem sztuki. Że forma nijak nie oddaje treści, nie łączy się z nią. Takie coś ma na mnie zadziałać? Pardon, wolę posłuchać muzyki z The Fountain.

Jeśli więc słyszę, że jakiś tfurca mówi o tym, o co mu chodziło w tym czy owym dziele, to niskie mam o takim twórcy mniemanie – czyż nie umiał tego przedstawić korzystając z dostępnych w momencie tworzenia środków?

Wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa. Skoro dobry autor wypowiadając się o swoim dziele, ukazuje tym samym, że jest ono do bani (bo nie broni się samo) to jego interpretacja nie jest żadną wykładnią. Moja – o ile trzymająca się kupy, a więc logiczna – nie będzie ani trochę gorsza niż jego. „Wlazł kotek na płotek” opisem drogi do socjalizmu? Proszę bardzo!

Powstanie Warszawskie

Herr Fischer, pan pozwoli
Że powiem, co mnie boli
„Zarządzenie Pańskie”, to mam w dupie – ja

Groteska to jeden ze składników, z których Lao Che stworzyli płytę Powstanie Warszawskie. Temat poważny. Poważny tak bardzo, że rzadko obecny w świadomości przeciętnego Polaka. Jak to brzmi – „przeciętny Polak”. W świecie, który dąży do tego, by zunifikować prawo (pod hegemonią UE), kulturę (pod hegemonią Holywood i wielkiej czwórki), czy nawet oprogramowanie komputerowe (pod hegemonią Microsoftu) i marki telefonii komórkowej (vide nasz-nienasz Orange), w tym świecie przyznanie się do czegokolwiek, co odróżnia nas od innych jest… hm, wbrew trendowi, wbrew panującej estetyce. Właśnie wbrew tej estetyce – estetyce wybaczenia rozumianego jako zapomnienie – chłopaki z Lao krzyczą, nijak nie przejmując się trendami: Niech żyje Polska! I nie ma w tym ciasnego nacjonalizmu – jest jeno szczerość i (czy przejdzie mi to przez klawiaturę – też jestem pod trendem), no, miłość. Patriotyzm.

Czy w nocy dobrze śpicie
Czy śmierci się boicie

Intertekstualność – drugi składnik. W tekstach z drugiej płyty siedmioosobowego zespołu wprost roi się od nawiązań – od poetów czasu powstania – Baczyńskiego, Jasińskiego, poprzez Chłopców z Placu Broni aż do KSU i Siekiery. Przewijają się motywy z Cohena/Zembatego, całość okraszona autentycznymi nagraniami z epoki, hasłami walczącej Warszawy. Niesamowite wrażenie – zwykle wybierane teksty są napełnione mocą – takie zdania, po których wypowiedzeniu czuć, że nie tylko opisują rzeczywistość w sposób istotny, ale ją kształtują.

Jest 100 tysięcy dusz
A jedna rura
Żołnierze wychodzą
Cywilom i rannym się nie uda

Emocje. Chyba pełne spektrum od pogody ducha, znanej z tradycyjnych wojskowych pieśni, aż po pełen bólu wyrzut: czekałem na Ciebie / czerwona zarazo / byś była zbawieniem / witanym z odrazą. Od czarnego humoru trumna tu luksus po licznych Bóg nie słucha! Chce się skakać w rytm reaggeowej Barykady by po chwili poczuć ciarki na plecach przy Przebiciu. Jak do tego pory to taką dawkę emocji dała mi jedynie ścieżka dźwiękowa z The Fountain.

O Panie Boże, Ojcze nasz, w opiece swej nas miej
Harcerskich serc Ty drgania znasz, nam pomóc zawsze chciej,
Wszak Ciebie i Ojczyznę miłując chcemy żyć

Autentyczność. Nie ma tu sztucznego patosu, sztucznego wychwalania cnót naszych rodaków – wręcz przeciwnie, widać, że Ci ludzie się boją (na co zwróciła mi uwagę A.), mają rozterki – czy warto ryzykować, czy warto ginąć? Ryzykują mimo wątpliwości – może ta autentyczność dodaje im chwały bardziej niż patos?

Słuchaj Londyn, nam nie trzeba audycji
My żądamy amunicji!

Dobra płyta. Jeśli kogoś ominął (tak jak mnie) cały ten boom na Lao Che i tę powstańczą płytę, to polecam. Gdyby ludzie o wszystkich ważnych rzeczach umieli mówić z takim polotem, jak robi to tych siedmiu młodych ludzi, życie byłoby nieco bardziej.

Taniec rewolucji

Świetny tekst powiedział wieczorem niejaki V w filmie V jak Vendetta. Twierdził on mianowicie, że rewolucja bez tańca nie jest warta robienia.

To, że taniec ma wielki związek z rewolucją stwierdził także Beirut. Najbardziej skoczna i taneczna piosenka zespołu nazywa się Udział mojej rodziny w światowej rewolucji. Gdybym ja miał zatańczyć na gruzach starego porządku, to rewolucję przywitałbym właśnie w rytmie tego kawałka.

Z motywem tańca który wyzwala, uzdrawia, a więc przynosi jakąś rewolucję wiąże się także jeden z odcinków Doctora Who nazwany – jakże by inaczej – Doctor dances. O tym, jakie ruchy na ten taniec się składają, można dowiedzieć się z jednej z najfajniejszych scen w całym serialu.

Jeśli komuś rewolucji i muzyki jeszcze mało, to na koniec proponuję Jamal – Rewolucje.

Lao Che

Wybrałem dziś nieco dłuższą drogę do domu, by podczas spokojnego spaceru zapoznać się z najnowszym wytworem Lao Che: Gospel. Jeśli i Wam przyjdzie kiedyś taki plan do głowy, weźcie pod uwagę drobną poprawkę: zamiast „spokojny spacer” należy zaplanować „czadowy bieg przełajowy na parę kilometrów”. Inaczej ludzie będą dziwnie na Was patrzeć, gdy po coraz to większym przyspieszaniu skakać zaczniecie po chodnikowych płytach.

Fajne Płyty

W ciągu ostatnich kilku miesięcy strasznie dużo fajnych płyt wysłuchałem. Pokrótce o każdej:

Beirut – Gulag Orkestar

Znakomita płytka Beirutu, o której już wspominałem we wcześniejszych wpisach. W skrócie: dwudziestolatek z Santa Fe samodzielnie nagrał płytę, której nie powstydziłaby się cała bałkańska orkiestra. To był mój pierwszy kontakt z muzyką tego typu. Gdyby wcześniej ktoś powiedział mi, że bałkański folk może być fajny, wyśmiałbym. Zanim więc Drogi Czytelniku wyśmiejesz, posłuchaj sobie kawałków Beirutu z kilku wpisów poniżej.

Oprócz samego Gulagu dostajemy również The Lon Gisland – minialbum trwający kilkanaście minut i znakomicie przy tym poprawiający humor – w sam raz na drogę na wydział.

Beirut – The Flying Club Cup

Naturalną konsekwencją było więc zapoznanie się z drugim (i jak do tej pory ostatnim) albumem Beirutu. Tym razem jest to muzyka w stylu francuskim, a więc sentymentalne piosenki w kolorze sepii (tak jak okładka) – ale przy tym bardzo pogodne. Również świetnie poprawia humor.

Ścieżka dźwiękowa – The Fountain

Pierwsza płyta z muzyką filmową, którą kupiłem. Film to osobna kwestia, która dostanie kiedyś swój wpis. Ścieżka dźwiękowa jest piękna, jest to muzyka która pochłania w 100%, najlepiej słuchać na słuchawkach, przemawia do samej głębi. Nadzieja, a z drugiej strony zdeterminowanie sprzęgają się tu w te kilka melodi, powtarzanych wciąż i wciąż, i chce się tego słuchać, przeżyć to jeszcze bardziej i mocniej. I przeżywa się bardziej i mocniej. W skrócie: ciarki na plecach przez 45 minut.

Świetliki – Las Putas Melancolicas

Świetlicki+Linda. Płyta niepierwszej młodości, ale Świetliki na Lindzie sporo zyskują. Świetna Filandia i D#. Wydawca dodał prezent – płytkę Exclusivas, zawierająca znane kawałki Świetlików w nowych aranżacjach. Moim typem jest Pogo – bardziej rockowe i naprawdę pokazuje pazurki – Świetlicki jest w tej piosence tak cudownie wkurzony.

Tomasz Budzyński – Luna

Najnowsza płyta solowa Budzego. Mroczne teksty, klimat z poprzedniej płyty ale wzmocniony, podniesiony do kwadratu. I muzyka mocniejsza, bardziej rockowa. Ładna okładka. Choć, jeśli mam być szczery, to ta płyta najmniej do mnie przemówiła ze wszystkich tu opisywanych. Budzy to artysta, na którego muzyce się wychowałem – może oznaka powolnego dorastania? 😉

2 Tm 2, 3 – Dementi

Tymoteusz w wersji akustycznej. Zespół wydał już podwójny akustyczny album (Propaganda Dei), jednak tamto było zapisem znanych już piosenek. Tutaj mamy prawie same nowe utwory. Ładne, słucha się bardzo przyjemnie. Teksty – wiadomo, że z najwyższej półki ;).

Lao Che – Gospel

Lao Che to zespół który od pewnego czasu różni ludzie polecali (hi Baszek!), jednak jak do tej pory nie miałem okazji. W radio usłyszałem kilka razy Hydropiekłowstąpenie z ostatniego krążka. Bóg jako podmiot liryczny mówi:

Bo miałem ambicję stworzyć
taką rezolutną rasę,
a wyście to tak po ludzku
spartolili.
I teraz jestem piekielnie sfrustrowany
[…]
Ale, na Boga, nie spałem całą noc
i podjąłem decyzję:
Zsyłam na Ziemię potop.

Stwierdziłem, że płyta, z której taki tekst pochodzi, musi być genialna. Właśnie kończę pierwsze przesłuchiwanie – jednak to również jest muzyka niesamowicie angażująca, więc bez słuchawek i długiej podróży się nie obędzie.

Wiosna


Czyż-li nie jest piękne to życie, gdy idzie się ulicą, słońce w twarz świeci i w słuchawkach leci akurat Nantes Beirutu?

Nantes

Upłynął już długi, długi czas
Odkąd widziałem twój uśmiech
Przegrałem już mój strach
Przegrałem mój czas
I w ciągu roku, mniej-więcej roku
To wszystko spłynie do morza
Cóż, to był długi, długi czas
Odkąd widziałem Twój uśmiech

Nikt nie podnosi głosu
Po prostu kolejna noc w Nantes
Nikt nie podnosi głosu
Po prostu kolejna noc w Nantes

Scenic World

Wejdźcie sobie na stronę Beirutu i przerzućcie odtwarzaczem na górze na Scenic World. A później na Elephant Gun. A później na Mountain Wroclai. I na Postcard from Italy. Albo słuchajcie po kolei. Albo jak chcecie. W każdym razie – klasa.

Malowniczy świat

światła się zapalają
i gasną
kiedy coś jest nie tak
leżę jak zmęczony pies
w cieniu liżący rany

kiedy jednak czuję, że jeszcze jestem
próbuję wyobrazić sobie beztroskie życie

malowniczy świat, gdzie zachody słońca są wszystkim
zapierają dech w piersiach