• Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way
Niebieski Pomarańczowy Zielony Różowy Purpurowy

Archiwa kategorii ‘technikalia’

Możesz użyć poniższej wyszukiwarki:

lis 18

litrgy.com

Od kilku dni chodził mi po głowie pomysł na serwis: czytania liturgiczne z możliwością dodawania własnych notatek (dla siebie, w przyszłości może dla innych). Serwis miał być maksymalnie prosty, duże litery, miła obsługa i tak dalej.

Dostępna jest już beta (wersja testowa). Zapraszam na litrgy.com

Po zarejestrowaniu można dodawać własne notatki (należy zaznaczyć fragment i kliknąć na ołówekpióro, który się pojawi).

lip 19

Kwantowe komputery

Mechanika kwantowa. Według Bohra ludzie, którzy nie są zaszokowani, gdy pierwszy raz o niej słyszą, prawdopodobnie nigdy jej nie zrozumieją. Feynman twierdził, że może bezpiecznie powiedzieć, że nikt jej nie rozumie. Czasem dla rozrywki coś przeczytam sobie o mechanice kwantowej (o Nowym Umyśle Cesarza już wspominałem), ślizgając się na krawędzi zrozumienia, no przynajmniej zrozumienia tekstu.

Rzeczą, która mnie ostatnio zainteresowała (pod wpływem tego artykułu) są kwantowe komputery. Myśl o tym, że jakiś komputer może być w 2n pozycji na raz (gdzie n to ilość bitów, czy raczej bitów kwantowych – qubitów) jest całkiem inspirująca. Zresztą, powstało już parę przydatnych algorytmów na takie hipotytczne komputery, najbardziej znany to algorytm Shora. W wyżej wspomnianym artykule autor używa Pythonowej implementacji symulatora kwantowego komputera o nazwie qcs. Ponieważ o implementacji tej nie ma w necie zbyt dużo (w sumie, to znalazłem tylko dwie PDF-ki), ponadto napisana w języku którego nie znam, a przede wszystkim dlatego, że może to być fajne, postanowiłem napisać symulator w Ruby. Oto i rquantum. Mam nadzieję, że sprytne google’owe boty pokażą projekt komuś, komu może się przydać – osobiście niestety nie znam takiej osoby ;) . Ale programowało się fajnie :) .

cze 22

Moja prywatna historia informatyki, cz. II – amigowe gry

Poprzednia część poświęcona była 8-bitowemu komputerowi Atari. Atari to piękna maszynka, jednak korzystanie pod koniec XX wieku z komputera, który używa taśm magnetofonowych jako głównego rodzaju pamięci zewnętrznej to jednak mimo wszystko archaizm. Moi rodzice doszli zapewne do tego samego wniosku, albowiem w październiku 1998 roku kupili mi kolejny sprzęt o nazwie Amiga 600. Maszyna – w porównaniu do Atari – była potężna. Dane wczytywało się z dyskietek, w zestawie była myszka i nawet system operacyjny z okienkami: Workbench 2.05.

Moim pierwszym odkryciem była gra Lemmings 2. Ile godzin spędziłem próbując doprowadzić te niezbyt inteligentne małe stworzenia do domu! Często zdarzało się, że zamykając oczy widziałem te kilkupikselowe stwory, jak zarzucając grzywami idą całą kupą w kierunku przepaści. Świetna gra, strasznie dużo poziomów, często wymagała niezłego kombinowania i szybkiego operowania myszą. Jeśli ktoś nie słyszał wcześniej o Lemingach, to chodzi o to, że mamy do czynienia ze zgrają kolorowych postaci, które idą przed siebie. Naszym zadaniem jest tak nimi pokierować, by nie poginęły marnie w otchłaniach wód i innych pułapkach, lecz aby dotarły bezpiecznie do oznaczonego punktu na planszy. Gdy się to uda – zyskujemy dostęp do planszy następnej. Pomysł banalnie prosty, ale wciąga straszliwie. Jest nawet internetowa wersja gierki - można się zapoznać.

Kolejną grą-legendą, która wciągnęła mnie na długie wieczory były Wormsy. Kieruje się tu (a jakże!) drużyną składającą się – zgodnie z nazwą gry – z 4 robaków. Robaki te jednak są jeszcze wredniejsze od lemingów. Lemingi bowiem nie posiadały po prostu instynktu przetrwania. Jeśli się o nie nie zatroszczyło odpowiednio, ginęły w pierwszej lepszej przepaści. Wormsy instynkty przetrwania posiadają, posiadają jednak również instynkty niszczenia wroga. Chodzi więc o to, by swoimi 4 robakami wytłuc robaki przeciwnika, a samemu przetrwać. Robaki nie są bezbronne – do ich dyspozycji zostały oddane różnorodne środki rażenia, takie jak bazooka (po polsku: haubica), shotgun (czyli dwururka), uzi (karabin maszynowy), granat zwykły i rozpryskowy, dynamit, a nawet… wybuchowa owca. Jeśli zdarzy się, że przeciwnik jest zbyt daleko, zawsze można wykorzystać linę ninja, aby się do niego dostać. W ostateczności można poświęć swojego robaka, wybierając broń o wszystko mówiącej nazwie kamikaze. Gra może nie zdobyłaby takiej popularności, gdyby nie tryb wieloosobowy – bawić się równocześnie mogą aż 4 osoby – wtedy każda kieruje swoją robakową drużyną. Gra jest turowa (czyli najpierw gracz pierwszy, później drugi, itd.), co pozwala uniknąć tłoku przy klawiaturze. Granie w Wormsy z ludźmi, huralne śpiewanie „sto lat” po podłożeniu nieszczęśnikowi dynamitu – piękne chwile. Gra doczekała się (już na PC) szerego kontynuacji, jednak to pierwsza część ma w sobie pewien dynamizm, którego później niestety zabrakło.

W kolejnej grze dowodzimy zespołem, hm… małych ludzików! Obiecuję jednak, że to już ostatnia taka gra. Jest to strzelanka o nazwie Cannon Fodder (czyli mięso armatnie). Nasz zespół to po prostu oddział żołnierzy, którzy wykonują na różnych planszach różnorakie zadania – z typową dla tej gry ironią zadania zwykle brzmią: Zabij wszystkich wrogów, albo Zabij wszystkich wrogów, zniszcz wrogie budynki. Naszych wojaków obserwujemy z góry, do dyspozycji mamy karabin, granaty i bazookę. Podbojów dokonujemy w kilku sceneriach – jest więc tropikalna dżungla (reminescencje Wietnamu?), są pustynne piaski (może to Zatoka Perska?), są w końcu śnieżne zaspy. Czasem możemy się znaleźć w posiadaniu samochodu, który wielce ułatwia poruszanie się po planszy (i walkę z wrogiem – przez rozjeżdżanie). Pisałem o ironii – całą grę (łącznie z nazwą) możnaby potraktować jako próbę zwrócenia uwagi na okrucieństwo wojny. W przeciwieństwie do innych gier komputerowych w stylu „zabili go i uciekł”, tutaj każdy z żołnierzy ma swoje imię, a wraz z przechodzeniem kolejnych plansz zyskuje kolejne stopnie wojskowe. Jeśli zginie, to na wzgórzu, które obserwujemy między misjami pojawia się nagrobek. Samo wzgórze to też niezła sprawa, albowiem przez to wzgórze prowadzi droga, którymi idą już nowi rekruci (nowe mięso armatnie).

Całości klimatu dopełnia muzyka. Na początku (w tzw. intrze) możemy usłyszeć: wojna nigdy nie była tak zabawna, zabij swojego brata, zabij ze swojego pistoletu, zaś po każdej misji pojawia się lista wirtualnych żołnierzy, którzy w niej zginęli. W tle możemy obejrzeć polny mak – jego symbolika jest jasna tak dla nas, jak i dla Anglików, którzy grę stworzyli (u nich to symbol weteranów I wojny światowej). Towarzyszy temu świetna muzyka – to chyba najpiękniejszy motyw z gry komputerowej, jaki w życiu słyszałem.

Teraz może coś lżejszego. Najbardziej kojarzoną z Amigą platformówką jest bez wątpienia Super Frog firmy Team 17 (to oni stworzyli również Wormsy). Gra jest kolorowa, ma przyjemną muzyczkę, duże plansze, miejscami jest trudna, jednak wciąga na tyle, by chciało się próbować raz jeszcze i raz jeszcze, całość okraszona sympatyczny humorem. Kawał dobrej roboty, spędziłem przy niej długie chwile. Ciekawostka: istnieje tu system kodów, dzięki czemu nie trzeba za każdym razem zaczynać od początku. Jednak nie wystarczy przejść daną planszę, by uzyskać kod. Należy ten kod wygrać w pewnej odmianie jednorękiego bandyty. Strasznie stresująca część gry – człowiek się męczy te godziny, by przejść do nastepnej planszy i nie wie nawet, czy kod dostanie. Gdy nie było Internetu, to te kody były w cenie ;) .

Ostatnią grą, którą opiszę jest The Lost Vikings. Gra należy do gatunku platformówek – tak jak powyższe żabie przygody, jednak oprócz zręczności wymaga kombinowania. Dużego kombinowania. Kierujemy postaciami 3 wikingów, którzy w wyniku tajemniczych (jak zawsze) okoliczności dotali się do obcego sobie świata. Każdy z wikingów posiada inne umiejętności – jeden z nich umie biegać i skakać, drugi posiada tarczę, służącą także jako spadochron, zaś trzeci ma miecz i łuk. Warunkiem przejścia do kolejnego etapu jest bezpieczne przeprowadzenie do wyjścia wszystkich trzech wojowników. Nie zawsze (nawet rzadko kiedy) jest to prosto – w większości plansz trzeba nieźle kombinować, jak maksymalnie wykorzystać zdolności naszych postaci. Często trzeba wykonać ciąg jakichś czynności w pewnej synchronizacji. Gra wciąga i to bardzo, spędziłem nad nią większość wakacji 9 lat temu (o, wyłączyłem wtedy oryginalną muzykę z gry i nałogowo słuchałem Legendy).

No i to tyle. Jeśli kogoś zainteresowała któraś z opisywanych gierek, to istnieje możliwość (za darmo) pogrania sobie w nią na PC.

cze 10

Technologia + ludzie = Web 2.0

Dawno, dawno temu, na początku lat 90, mądrzy ludzie wymyślili sobie WWW: World Wide Web, a więc światookrętną pajęczynę. Ludzie, którzy to wymyślili byli poważnymi pracownikami poważnych uniwersytetów, bo i cel tegoż przedsięwzięcia miał być z założenia poważny: chodziło o stworzenie systemu, umożliwiającego publikowanie informacji. Publikowanie w sposób rozproszony, możliwie prosty – ot biblioteka z indeksem na sterydach. Na szczęście oprócz naukowców istnieją również normalni ludzie, którzy szybko uświadomili sobie, że WWW – oprócz udostępniania prac naukowych – świetnie nadaje się do tworzenia stron domowych, ze zdjęciem własnym i kota, do prezentacji zainteresowań, a wreszcie do publikowania własnych przemyśleń w formie niezbyt ambitnego, ale za to niebieskiego bloga.

cze 09

Leopard

Zawsze chciałem mieć Maca. Wolne, niedzielne popołudnie i wieczór wydają się natomiast idealną porą, by trochę pohackować. Plan brzmi: zainstalować MacOS X Leopard na PC. Oczywiście nie jest to zgodne z licencją, pod jaką Apple udostępnia swój system. No, nie mówcie, że was nie ostrzegałem.

Przed instalacją należy przygotować kilka rzeczy:

  1. Płyta instalacyjna Visty (zakładam, że na kompie jest Vista, którą po instalacji MacOS X również chcielibyśmy jeszcze móc uruchamiać).
  2. Płyta iATKOS (o niej niżej).
  3. Dowolna dystrybucja Linuksa live-cd (np. Knoppix).
  4. Butelka Pepsi.

Krok pierwszy to ściągnięcie obrazu ISO o nazwie iATKOS (w moim przypadku była to wersja 2.0i) z torrenta, na przykład z mininovy. Po ściągnięciu i wypaleniu na DVD, uruchamiamy z tak spreparowanej płytki system i wciskamy dowolny klawisz (byle nie reset), jak tylko komp raczy się z niej uruchomić. Po chwili wczytywania oczom naszym ukazuje się piękne okno. Cała reszta instalacji przebiegać będzie w trybie graficznym. Chłopaki z uphuck przygotowali w międzyczasie krótką instrukcję, którą warto przeczytać (wstawili ją w miejsce tekstu licencji, hehe). Po zaakceptowaniu licencji należy wybrać z menu Utilities opcję Disk Utility. Miałem akurat partycję dla takich testowych zabawek, więc ją wykasowałem i w jej miejscu utworzyłem piękną partycję makową. Pojawiła się ona od razu w oknie instalacyjnym, więc nie czekając dłużej kliknąłem Install. Tu mała uwaga – jeśli chcecie przeprowadzić jakieś operacje na partycjach, to zróbcie to wcześniej, waszym ulubionym programem. Disk Utility niestety nie pozwolił mi na wykasowanie ani scalenie dwóch partycji w jedną.

Po instalacji trwającej około kilkanaście minut oczom naszym ukazuje się kreator, pozwalający ustalić kilka podstawowych informacji i… oto jest! Nasz piękny desktop Makowy. Instalacja jest naprawdę bardzo prosta, równie prosta jak instalacja jakiejś Visty czy czegoś takiego.

Vista, właśnie. Aby móc uruchomić Vistę, należy zrobić kilka sztuczek:

  1. Zabootować komputer z jakiejś dystrybucji Linuksa live-cd.
  2. Zaznaczyć partycję z Vistą jako aktywną (np. w programie QtParted - menu „K”/System/QtParted).
  3. Uruchomić komputer z płyty instalacyjnej Visty i wybrać opcję naprawy instalacji.
  4. Uruchomić komputer w Viście.
  5. Skopiować plik chain0 z płytki iATKOS do katalogu c:\.
  6. Z linii komend administratora w Viście wydać następujące polecenia:
  7. bcdedit /copy {current} /d “Mac OS X”
    bcdedit /enum active
    bcdedit /set {GUID} PATH \chain0

    Gdzie {GUID} jest ciągiem znaków, który pojawił się po wydaniu pierwszej komendy.

I już. Po uruchomieniu komputera pojawi się menu startowe, po wybraniu Mac OS X należy wybrać partycję Makową i poczekać chwilę, aż system się uruchomi.

A oto screen – mój blog w Safari (makowa przeglądarka):

cze 08

Konkurs rozstrzygnięty

No i konkurs rozstrzygnięty. Wygrał Bartek z zawrotną ilością 51750 punktów. Nagroda będzie do odebrania, jak tylko pojawię się w Olsztynie (o ile dobrze kojarzę, o jakiego Bartka chodzi ;) . Gratulację również dla mojego brata, który zajął dobre drugie miejsce (przez pewien czas był na prowadzeniu), a także dla Miji – jedynej przedstawicielki płci pięknej, która mimo zaawansowanej biotechnologicznej sesji znalazła czas na kilka partyjek wężyka :)

cze 01

Konkurs na najdłuższego węża

Jakoś tak dziwnie jest na tym świecie, że gdy człowiek się wytęży i osiągnie prawie-że-szczyt swoich możliwości twórczych, to nikt tego nie docenia. Jednak wystarczy napisać prostą gierkę i już uważanym jest się za przyszłego Billa Gatesa. Do rzeczy. Poprawiłem nieco węża – wciśnięcie dwóch przycisków naraz nie powoduje już zakończenia rozgrywki. Ale przede wszystkim dodałem nową, dość rewolucyjną funkcję – rezultaty gry zapisywane są w Internecie, dzięki czemu każdy może porównać swój wynik z wynikami innych graczy z całego świata (ha!).

W związku z tym mały konkurs. Osoba która osiągnie najwyższy wynik na ostatniej planszy, otrzyma wysokiej jakości batona Snickers (wskutek osobnej umowy, jeśli najwyższy wynik osiągnie Klaudyna, wygra Pepsi Max). Rozstrzygnięcie konkursu w niedzielę, 8 czerwca 2008 o godzinie 22:00. Nagroda będzie do odebrania w Toruniu, ew. gdzieś w mocno południowej lub mocno północnej Polsce. Zachęcam do rozgrywki.

PS. Warto zwrócić uwagę, że ilość punktów zdobywanych za pożarcie jakiegoś jedzenia zależy od dwóch rzeczy: rodzaju jedzenia i poziomu. O ile na rodzaj jedzenia nie mamy wpływu, to już szybkość można sobie ustalić. Warto – za zjedzenie truskawki na pierwszym poziomie dostaje się 50 punktów, zaś na piątym – 250 :) .

maj 29

Ścianka

Ponieważ prac domowych coraz więcej, a poza tym zbliża się deadline zlecenia, postanowiłem napisać kolejną, nikomu nie przydatną, choć fajną zabawkę – tym razem z wykorzystaniem technologii AJAX. Zapraszam do zabawy niniejszą ścianką:


maj 27

Zielony wąż w czarne paski

Jako, że zbliża się sesja, jest sporo zadań domowych i w dodatku czeka na mnie jedno niedokończone zlecenie, postanowiłem, że z nadmiaru wolnego czasu napiszę grę. Idea jest stara jak świat, ale gra ma za to kolorową, zielono-czarną grafikę i można zjadać w niej ludzi. Polecam.

Ps. Gra do poprawnego działania wymaga Javy. Jeśli ktoś (Piernik? Mario?) chce się zapoznać z kodem źródłowym dzieła, to dostępny jest na GPL2.

maj 21

Moja prywatna historia informatyki, cz. I – Atari

Wigilia Bożego Ciała, ten jeden środowy wieczór w roku ma dla mnie szczególnie znaczenie. To w taki właśnie wieczór, w środę 5 czerwca 1996 roku rozpoczęła się moja przygoda z informatyką. 3 dni wcześniej miałem Pierwszą Komunię Świętą i w tym ważnym dniu największą dla mnie radością – strach się przyznać – był fakt, że otrzymałem wystarczającą ilość pieniędzy by kupić sobie rower i komputer. Może raczej komputer i rower. To, dlaczego ten dzień był ważny z powodów bynajmniej niematerialnych, zrozumiałem nieco później… Ale wracając do adremu.

Maszyną jaką kupiłem od znajomego za przewrotną sumę 150 złotych polskich był wspaniały komputer Atari 65XE. W zestawie był magnetofon XC12, kupa kaset magnetofonowych, kilka książek i dwa numery czasopisma Tajemnice Atari. Być może niektórzy z P. T. czytelników potrzebują drobnego wyjaśnienia: przed masową inwazją dyskietek, nie mówiąc o płytach CD i DVD najpowszechniejszym sposobem utrwalenia programów i danych był zapis na kasecie. Zwykła magnetofonowa kaseta była jednakże nośnikiem (o takiego słowa się wtedy używało) dość zawodnym. Magnetofon należało często regulować (nazywało się to „dostrajaniem głowicy” i polegało na kręceniu śrubką), gdyż rozregulowany nie chciał odczytywać gier. Jaką to radością w tych strasznych czasach było poprawne wczytanie programu lub gry (trwało to około 15 minut, 15 minut stresu)!

Jednak owego pamiętnego, środowego wieczoru nie korzystałem z magnetofonu. Nie zapamiętałem niestety instrukcji, którą kolega mi podał, a do której należało się zastosować, chcąc uruchomić z kasety jakikolwiek program. W moje ręce wpadła jednak „dyskietka” (tak to wówczas nazywałem, choć poprawna nazwa to kartdridż – cartridge) z programem Atari Logo. Był to język programowania. Język dosyć niezwykły, trzeba dodać, gdyż jego ważnym elementem był żółw. Co więcej – żółw rysował. Ogrom instrukcji tego języka było instrukcjami, które kazały żółwiowi poruszyć się: do przodu, do tyłu, przekręcić się o X stopni w lewo lub w prawo, itd. Strasznie fajna zabawa dla dzieciaka i pozwoliła mi się zapoznać z tymi wszystkimi stopniami jeszcze zanim mieliśmy to w szkole. Na przykład, program rysujący trójkąt równoboczny o boku długości 40 mógł wyglądać tak:

RT 60
FD 40
RT 60
FD 40
RT 60
FD 40
RT - right turn, FD - forward.

Do kartdridża miałem książkę, która w przystępny dość sposób tłumaczyła tajniki programowania, a było to programowanie w paradygmacie strukturalnym – żeby narysować dom, najpierw uczyło się rysować drzwi, dach i okna – potem z tych gotowych kawałków składało się całość. Fajna sprawa.

Potem przyszedł kolega i nauczył mnie wgrywać gry z kaset. To była jazda. Grą, którą najbardziej zapamiętałem był genialny Robbo. Do dziś lubię sobie pokierować tym biednym robotem uwięzionym w obcym systemie planetarnym (jak to brzmi!). Wciąga i to mocno, nawet po, hmm… 19 latach od wydania.

Po pewnym czasie kupiłem nawet program pt. Robbo Konstruktor – umożliwiał on tworzenie własnych plansz do tej pięknej planszówki. Wiele godzin spędziłem nad zeszytem, w którym powstała plansza, wprowadzana następnie mozolnie do kompa. Świetna rozrywka, tym bardziej, że taką stworzoną planszę można było dać do przejścia kumplowi (który również wymyślał nowe plansze).

Wspomniałem jeszcze o gazetce Tajemnice Atari. Otrzymałem dwa numery wraz z kompem i wyczytałem je chyba do granic możliwości. Do dziś znam niektóry teksty z niej na pamięć i to było drugie (obok w/w książki o Logo i książki o Basicu) moje źródło o informatyce w ogóle. W chwili gdy kupiłem Atari, czyli w tym ’96 roku informatyka była już ostro do przodu, Tajemnice Atari były niewydawane od trzech lat, toteż nie miałem możliwości zdobycia kolejnych egzemplarzy – musiałem się zadowolić tym co mam. A w środku, obok artykułów i recenzji gier znajdowały się programy. Programy do przepisania. Niektóre – te napisane w języku Basic – miały postać czegoś, co przypominało nieco ludzką mowę. Tu i ówdzie pojawiał się jakiś for, jakiś return, data czy open. Gorzej było z programami napisanymi w języku maszynowym. Programy takie miały postać kilkustronicowych listingów składających się z linii takich jak poniższe:

1010 DATA ffffe002e102e0b1e0b150baa9
1020 DATA 0085e285e385e42049b2a9108d
1030 DATA d902a9038dda02a9218d2f02a9
1040 DATA 9b8d50baa98085f1a9ba85f2ad

Nie muszę mówić, że należało to przepisać bezbłędnie? Jednak nie było Internetu, nie było żadnych innych źródeł, co robić? Przepisywało się, czasem nawet to działało. Czasem tylko śniło mi się, że od kogoś udało się załatwić wszystkie numery Tajemnic Atari – było w to w rzeczy samej moje największe marzenie tamtego czasu. Spełniło się kilka lat później, dzięki Internetowi.

No, z tymi innymi źródłami może przesadziłem. W odległości 20 KM od mojej miejscowości był sklep, gdzie można było (za zawrotną sumę 5,90 zł) kupić kasety z grami. Gdy tylko udało mi się uzbierać tę wielką sumę, zaraz męczyłem rodziców, by udać się po jakąś nową grę. Gry czasem się wgrywały, czasem magnetofon odmawiał posłuszeństwa. Jednak te które się wgrały zapewniały rozrywkę na wiele godzin (bo nic innego nie było).

I tak się bawiłem tą Atarką, grałem i pisałem programy. Starałem się maksymalnie wykorzystać niewielkie możliwości mojej maszynki. Z ciekawszych rzeczy, to podłączyłem do komputerka silnik elektryczny (co umożliwiło sterowanie małym samochodem z Lego), czy też kilka kabli przy kubku z wodą pozwalało sprawdzić jej poziom i wyświetlić na ekranie. Nawet dziś nie robię już takich rzeczy ;) .

Atari sprzedałem by kupić Amigę 600 (o której będzie następna część owego cyklu). Z czasem jednak sentyment zwyciężył – dziś jestem posiadaczem dwóch Atarek, z magnetofonem i stacją dyskietek! A jakie to dyskietki! Dorobiłem się także interfejsu, umożliwiającego podłączenie Atari do PC – mogę teraz ściągać gry z Internetu i przegrywać je na komputer, pamiętający jeszcze czasy, gdy U2 dopiero co obudzili się w Ameryce.

« Nowsze posty | Starsze posty »

Blog Newtona

Nazywam się Newton. Teraz będę kłamał.

  • Kategorie
    • arduino
    • emo
    • filmy
    • inne
    • książki
    • muzyka
    • nauka
    • podróże
    • technikalia
    • wiara
  • Archiwa
    • Styczeń 2012
    • Grudzień 2011
    • Wrzesień 2011
    • Sierpień 2011
    • Maj 2011
    • Marzec 2011
    • Luty 2011
    • Styczeń 2011
    • Grudzień 2010
    • Listopad 2010
    • Październik 2010
    • Sierpień 2010
    • Lipiec 2010
    • Maj 2010
    • Kwiecień 2010
    • Luty 2010
    • Grudzień 2009
    • Listopad 2009
    • Październik 2009
    • Wrzesień 2009
    • Sierpień 2009
    • Lipiec 2009
    • Czerwiec 2009
    • Maj 2009
    • Kwiecień 2009
    • Marzec 2009
    • Luty 2009
    • Styczeń 2009
    • Grudzień 2008
    • Listopad 2008
    • Październik 2008
    • Wrzesień 2008
    • Sierpień 2008
    • Lipiec 2008
    • Czerwiec 2008
    • Maj 2008
    • Kwiecień 2008
    • Marzec 2008
    • Luty 2008
    • Styczeń 2008
    • Grudzień 2007
    • Listopad 2007
    • Październik 2007
    • Wrzesień 2007
    • Sierpień 2007
    • Maj 2007
    • Kwiecień 2007
    • Marzec 2007
    • Luty 2007
  • Wyszukiwanie






  • Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way

© Copyright Blog Newtona. All rights reserved.
Designed by FTL Wordpress Themes brought to you by Smashing Magazine

Do góry!