House, M.D.
Kolejny serial, od którego się uzależniłem (w dodatku polski tytuł również zaczyna się na „doktor”). Uzależniony jest również tytułowy bohater – przede wszystkim od środków przeciwbólowych, ale też od ciekawych przypadków, które trudno zdiagnozować (czy wspominałem już, że House jest lekarzem w oddziale diagnostycznym?) oraz od bycia nieszczęśliwym. No, i od laski. Postać ciekawa, zapadająca w pamięć, niejednoznaczna. Forma serialu pozwala na ukazanie charakteru House z wielu różnych stron i go urealnić. Jedyne, co przeciwstawia się tej realności to umiejętność poradzenia sobie z każdym przypadkiem – House nie trafił jeszcze na chorobę, której by nie umiał rozpoznać. Ta zdolność bohatera jest ciągle bardziej filmowa, niż realistyczna – ale dodaje to tylko smaczku całej historii (a raczej wszystkim historiom).
Polecam. Można też dowiedzieć się, czym jest punkcja lędźwiowa i biopsja.


Obejrzałem dziś po raz któryś tam Fight Club. Kiedy oglądałem ten film za pierwszym razem, wymiękłem po pierwszych 30 minutach. Film wydawał się dziwny, na dodatek zapowiadało się, że głównym motywem jest historia grupy ludzi, którzy sens życia odnaleźli we wzajemnym waleniu się pięściami. Za drugim razem doszedłem do końca i… film mnie olśnił – zwłaszcza fabularnie. Może gdy ma się do czynienia z czymś naprawdę dobrym, to trzeba do tego dojrzewać? Każda kolejna projekcja (no, powiedzmy do czwartej
Czyż nie ma czegoś romantycznego, w samotnym, zapomnianym przez wszystkich robocie, który cierpliwie wykonuje swoje monotonne, niepotrzebne już nikomu zadanie – nawet jeśli zadaniem tym jest kompresja zalegających Ziemię śmieci w sześcienne paczki? Jasne, że jest to romantyczne, zwłaszcza jeśli robot w ramach hobby zbiera różne artefakty, które w jakiś sposób zwróciły jego uwagę. Piękna scena: nasz Wall-E znalazł pierścionek z drogim kamieniem, schowany w aksamitnym pudełku. Pierścionek od razu cisnął precz, ale pudełko – o! to jest coś godnego zainteresowania.
To znaczy nie milczeć w ogóle – niech sobie tworzy inne dzieła. Jednak nie powinien wypowiadać się już na temat tego, co stworzył. Nijak. Nie powinien mówić, co chciał przez to dzieło przekazać. Nie powinien prostować błędnych interpretacji. Najlepiej, gdyby w ogóle zapomniał, że stworzył coś takiego, zadowalając się jedynie powiększającym się saldem w banku.
Wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa. Skoro dobry autor wypowiadając się o swoim dziele, ukazuje tym samym, że jest ono do bani (bo nie broni się samo) to jego interpretacja nie jest żadną wykładnią. Moja – o ile trzymająca się kupy, a więc logiczna – nie będzie ani trochę gorsza niż jego. „
1. Główny bohater. Tajemnicza postać, ostatni przedstawiciel Władców Czasu. Przedstawia się jako Doktor. Bardzo sympatyczny, a przy tym charakterny. Zawsze zachowuje pogodny humor, a szczególnie rozbrajający jest uśmiech z jakim wypowiada słowo fantastic, gdy dowiaduje się, że losy ziemi i rasy ludzkiej po raz kolejny zależą od niego i jego asystentki, Rose. Umie się odnosić do siebie z dystansem, choć zna swoją wartość (Jeśli jestem mądry, a jestem genialny, to może się udać!). Mimo wszystko ma jednak 900 lat i jest istotą potężną – boją się go nawet niszczycielskie Daleki:
-Nie! Oznacza to, że ocalę ją! Zamierzam ocalić Rose Tyler z samego środka floty Daleków. Później zamierzam ocalić Ziemię. Następnie, żeby to dobrze skończyć, zniszczę wszystkie śmierdzące Daleki.
2. Humor. Nasz bohater podróżuje przez czas i przestrzeń statkiem o nazwie Tardis, który wygląda ni mniej ni więcej jak niebieska budka telefoniczna. Jego głównym narzędziem jest niesamowity, ultradźwiękowy… śrubokręt. Humor nie czyni jednak z serialu komedii, gdyż…