• Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way
Niebieski Pomarańczowy Zielony Różowy Purpurowy

Archiwa z Czerwiec, 2008

Możesz użyć poniższej wyszukiwarki:

cze 22

Moja prywatna historia informatyki, cz. II – amigowe gry

Poprzednia część poświęcona była 8-bitowemu komputerowi Atari. Atari to piękna maszynka, jednak korzystanie pod koniec XX wieku z komputera, który używa taśm magnetofonowych jako głównego rodzaju pamięci zewnętrznej to jednak mimo wszystko archaizm. Moi rodzice doszli zapewne do tego samego wniosku, albowiem w październiku 1998 roku kupili mi kolejny sprzęt o nazwie Amiga 600. Maszyna – w porównaniu do Atari – była potężna. Dane wczytywało się z dyskietek, w zestawie była myszka i nawet system operacyjny z okienkami: Workbench 2.05.

Moim pierwszym odkryciem była gra Lemmings 2. Ile godzin spędziłem próbując doprowadzić te niezbyt inteligentne małe stworzenia do domu! Często zdarzało się, że zamykając oczy widziałem te kilkupikselowe stwory, jak zarzucając grzywami idą całą kupą w kierunku przepaści. Świetna gra, strasznie dużo poziomów, często wymagała niezłego kombinowania i szybkiego operowania myszą. Jeśli ktoś nie słyszał wcześniej o Lemingach, to chodzi o to, że mamy do czynienia ze zgrają kolorowych postaci, które idą przed siebie. Naszym zadaniem jest tak nimi pokierować, by nie poginęły marnie w otchłaniach wód i innych pułapkach, lecz aby dotarły bezpiecznie do oznaczonego punktu na planszy. Gdy się to uda – zyskujemy dostęp do planszy następnej. Pomysł banalnie prosty, ale wciąga straszliwie. Jest nawet internetowa wersja gierki - można się zapoznać.

Kolejną grą-legendą, która wciągnęła mnie na długie wieczory były Wormsy. Kieruje się tu (a jakże!) drużyną składającą się – zgodnie z nazwą gry – z 4 robaków. Robaki te jednak są jeszcze wredniejsze od lemingów. Lemingi bowiem nie posiadały po prostu instynktu przetrwania. Jeśli się o nie nie zatroszczyło odpowiednio, ginęły w pierwszej lepszej przepaści. Wormsy instynkty przetrwania posiadają, posiadają jednak również instynkty niszczenia wroga. Chodzi więc o to, by swoimi 4 robakami wytłuc robaki przeciwnika, a samemu przetrwać. Robaki nie są bezbronne – do ich dyspozycji zostały oddane różnorodne środki rażenia, takie jak bazooka (po polsku: haubica), shotgun (czyli dwururka), uzi (karabin maszynowy), granat zwykły i rozpryskowy, dynamit, a nawet… wybuchowa owca. Jeśli zdarzy się, że przeciwnik jest zbyt daleko, zawsze można wykorzystać linę ninja, aby się do niego dostać. W ostateczności można poświęć swojego robaka, wybierając broń o wszystko mówiącej nazwie kamikaze. Gra może nie zdobyłaby takiej popularności, gdyby nie tryb wieloosobowy – bawić się równocześnie mogą aż 4 osoby – wtedy każda kieruje swoją robakową drużyną. Gra jest turowa (czyli najpierw gracz pierwszy, później drugi, itd.), co pozwala uniknąć tłoku przy klawiaturze. Granie w Wormsy z ludźmi, huralne śpiewanie „sto lat” po podłożeniu nieszczęśnikowi dynamitu – piękne chwile. Gra doczekała się (już na PC) szerego kontynuacji, jednak to pierwsza część ma w sobie pewien dynamizm, którego później niestety zabrakło.

W kolejnej grze dowodzimy zespołem, hm… małych ludzików! Obiecuję jednak, że to już ostatnia taka gra. Jest to strzelanka o nazwie Cannon Fodder (czyli mięso armatnie). Nasz zespół to po prostu oddział żołnierzy, którzy wykonują na różnych planszach różnorakie zadania – z typową dla tej gry ironią zadania zwykle brzmią: Zabij wszystkich wrogów, albo Zabij wszystkich wrogów, zniszcz wrogie budynki. Naszych wojaków obserwujemy z góry, do dyspozycji mamy karabin, granaty i bazookę. Podbojów dokonujemy w kilku sceneriach – jest więc tropikalna dżungla (reminescencje Wietnamu?), są pustynne piaski (może to Zatoka Perska?), są w końcu śnieżne zaspy. Czasem możemy się znaleźć w posiadaniu samochodu, który wielce ułatwia poruszanie się po planszy (i walkę z wrogiem – przez rozjeżdżanie). Pisałem o ironii – całą grę (łącznie z nazwą) możnaby potraktować jako próbę zwrócenia uwagi na okrucieństwo wojny. W przeciwieństwie do innych gier komputerowych w stylu „zabili go i uciekł”, tutaj każdy z żołnierzy ma swoje imię, a wraz z przechodzeniem kolejnych plansz zyskuje kolejne stopnie wojskowe. Jeśli zginie, to na wzgórzu, które obserwujemy między misjami pojawia się nagrobek. Samo wzgórze to też niezła sprawa, albowiem przez to wzgórze prowadzi droga, którymi idą już nowi rekruci (nowe mięso armatnie).

Całości klimatu dopełnia muzyka. Na początku (w tzw. intrze) możemy usłyszeć: wojna nigdy nie była tak zabawna, zabij swojego brata, zabij ze swojego pistoletu, zaś po każdej misji pojawia się lista wirtualnych żołnierzy, którzy w niej zginęli. W tle możemy obejrzeć polny mak – jego symbolika jest jasna tak dla nas, jak i dla Anglików, którzy grę stworzyli (u nich to symbol weteranów I wojny światowej). Towarzyszy temu świetna muzyka – to chyba najpiękniejszy motyw z gry komputerowej, jaki w życiu słyszałem.

Teraz może coś lżejszego. Najbardziej kojarzoną z Amigą platformówką jest bez wątpienia Super Frog firmy Team 17 (to oni stworzyli również Wormsy). Gra jest kolorowa, ma przyjemną muzyczkę, duże plansze, miejscami jest trudna, jednak wciąga na tyle, by chciało się próbować raz jeszcze i raz jeszcze, całość okraszona sympatyczny humorem. Kawał dobrej roboty, spędziłem przy niej długie chwile. Ciekawostka: istnieje tu system kodów, dzięki czemu nie trzeba za każdym razem zaczynać od początku. Jednak nie wystarczy przejść daną planszę, by uzyskać kod. Należy ten kod wygrać w pewnej odmianie jednorękiego bandyty. Strasznie stresująca część gry – człowiek się męczy te godziny, by przejść do nastepnej planszy i nie wie nawet, czy kod dostanie. Gdy nie było Internetu, to te kody były w cenie ;) .

Ostatnią grą, którą opiszę jest The Lost Vikings. Gra należy do gatunku platformówek – tak jak powyższe żabie przygody, jednak oprócz zręczności wymaga kombinowania. Dużego kombinowania. Kierujemy postaciami 3 wikingów, którzy w wyniku tajemniczych (jak zawsze) okoliczności dotali się do obcego sobie świata. Każdy z wikingów posiada inne umiejętności – jeden z nich umie biegać i skakać, drugi posiada tarczę, służącą także jako spadochron, zaś trzeci ma miecz i łuk. Warunkiem przejścia do kolejnego etapu jest bezpieczne przeprowadzenie do wyjścia wszystkich trzech wojowników. Nie zawsze (nawet rzadko kiedy) jest to prosto – w większości plansz trzeba nieźle kombinować, jak maksymalnie wykorzystać zdolności naszych postaci. Często trzeba wykonać ciąg jakichś czynności w pewnej synchronizacji. Gra wciąga i to bardzo, spędziłem nad nią większość wakacji 9 lat temu (o, wyłączyłem wtedy oryginalną muzykę z gry i nałogowo słuchałem Legendy).

No i to tyle. Jeśli kogoś zainteresowała któraś z opisywanych gierek, to istnieje możliwość (za darmo) pogrania sobie w nią na PC.

cze 20

Gospel

Odkąd kupiłem płytę Gospel minęły już dwa miesiące. Chyba dojrzałem, aby w końcu napisać o niej coś więcej. Na początek: jest świetna. Reszta na wykresie.

Ps. WW twierdzi, że to nie jest muzyka dla niemyślących niekumatych. Coś w tym jest.

cze 10

Technologia + ludzie = Web 2.0

Dawno, dawno temu, na początku lat 90, mądrzy ludzie wymyślili sobie WWW: World Wide Web, a więc światookrętną pajęczynę. Ludzie, którzy to wymyślili byli poważnymi pracownikami poważnych uniwersytetów, bo i cel tegoż przedsięwzięcia miał być z założenia poważny: chodziło o stworzenie systemu, umożliwiającego publikowanie informacji. Publikowanie w sposób rozproszony, możliwie prosty – ot biblioteka z indeksem na sterydach. Na szczęście oprócz naukowców istnieją również normalni ludzie, którzy szybko uświadomili sobie, że WWW – oprócz udostępniania prac naukowych – świetnie nadaje się do tworzenia stron domowych, ze zdjęciem własnym i kota, do prezentacji zainteresowań, a wreszcie do publikowania własnych przemyśleń w formie niezbyt ambitnego, ale za to niebieskiego bloga.

cze 09

Leopard

Zawsze chciałem mieć Maca. Wolne, niedzielne popołudnie i wieczór wydają się natomiast idealną porą, by trochę pohackować. Plan brzmi: zainstalować MacOS X Leopard na PC. Oczywiście nie jest to zgodne z licencją, pod jaką Apple udostępnia swój system. No, nie mówcie, że was nie ostrzegałem.

Przed instalacją należy przygotować kilka rzeczy:

  1. Płyta instalacyjna Visty (zakładam, że na kompie jest Vista, którą po instalacji MacOS X również chcielibyśmy jeszcze móc uruchamiać).
  2. Płyta iATKOS (o niej niżej).
  3. Dowolna dystrybucja Linuksa live-cd (np. Knoppix).
  4. Butelka Pepsi.

Krok pierwszy to ściągnięcie obrazu ISO o nazwie iATKOS (w moim przypadku była to wersja 2.0i) z torrenta, na przykład z mininovy. Po ściągnięciu i wypaleniu na DVD, uruchamiamy z tak spreparowanej płytki system i wciskamy dowolny klawisz (byle nie reset), jak tylko komp raczy się z niej uruchomić. Po chwili wczytywania oczom naszym ukazuje się piękne okno. Cała reszta instalacji przebiegać będzie w trybie graficznym. Chłopaki z uphuck przygotowali w międzyczasie krótką instrukcję, którą warto przeczytać (wstawili ją w miejsce tekstu licencji, hehe). Po zaakceptowaniu licencji należy wybrać z menu Utilities opcję Disk Utility. Miałem akurat partycję dla takich testowych zabawek, więc ją wykasowałem i w jej miejscu utworzyłem piękną partycję makową. Pojawiła się ona od razu w oknie instalacyjnym, więc nie czekając dłużej kliknąłem Install. Tu mała uwaga – jeśli chcecie przeprowadzić jakieś operacje na partycjach, to zróbcie to wcześniej, waszym ulubionym programem. Disk Utility niestety nie pozwolił mi na wykasowanie ani scalenie dwóch partycji w jedną.

Po instalacji trwającej około kilkanaście minut oczom naszym ukazuje się kreator, pozwalający ustalić kilka podstawowych informacji i… oto jest! Nasz piękny desktop Makowy. Instalacja jest naprawdę bardzo prosta, równie prosta jak instalacja jakiejś Visty czy czegoś takiego.

Vista, właśnie. Aby móc uruchomić Vistę, należy zrobić kilka sztuczek:

  1. Zabootować komputer z jakiejś dystrybucji Linuksa live-cd.
  2. Zaznaczyć partycję z Vistą jako aktywną (np. w programie QtParted - menu „K”/System/QtParted).
  3. Uruchomić komputer z płyty instalacyjnej Visty i wybrać opcję naprawy instalacji.
  4. Uruchomić komputer w Viście.
  5. Skopiować plik chain0 z płytki iATKOS do katalogu c:\.
  6. Z linii komend administratora w Viście wydać następujące polecenia:
  7. bcdedit /copy {current} /d “Mac OS X”
    bcdedit /enum active
    bcdedit /set {GUID} PATH \chain0

    Gdzie {GUID} jest ciągiem znaków, który pojawił się po wydaniu pierwszej komendy.

I już. Po uruchomieniu komputera pojawi się menu startowe, po wybraniu Mac OS X należy wybrać partycję Makową i poczekać chwilę, aż system się uruchomi.

A oto screen – mój blog w Safari (makowa przeglądarka):

cze 08

Konkurs rozstrzygnięty

No i konkurs rozstrzygnięty. Wygrał Bartek z zawrotną ilością 51750 punktów. Nagroda będzie do odebrania, jak tylko pojawię się w Olsztynie (o ile dobrze kojarzę, o jakiego Bartka chodzi ;) . Gratulację również dla mojego brata, który zajął dobre drugie miejsce (przez pewien czas był na prowadzeniu), a także dla Miji – jedynej przedstawicielki płci pięknej, która mimo zaawansowanej biotechnologicznej sesji znalazła czas na kilka partyjek wężyka :)

cze 03

Twórcy źli i dobrzy

Istnieją twórcy dobrzy i ci źli. Różnią się pewnie całą masą różnych rzeczy, mi jako informatykowi nie wypada pisać o wszystkich. Napiszę za to o jednej. Jest to – moim zdaniem – warunek konieczny, by artysta mógł być określony jako dobry. Jest to bardzo prosty warunek – dobry twórca, gdy stworzy już swoje działo, powinien umieć milczeć.

To znaczy nie milczeć w ogóle – niech sobie tworzy inne dzieła. Jednak nie powinien wypowiadać się już na temat tego, co stworzył. Nijak. Nie powinien mówić, co chciał przez to dzieło przekazać. Nie powinien prostować błędnych interpretacji. Najlepiej, gdyby w ogóle zapomniał, że stworzył coś takiego, zadowalając się jedynie powiększającym się saldem w banku.

Oczywiście, może się też wypowiadać, udzielać wywiadów, napisać nawet kolejną książkę, gdzie – kawa na ławę – wyłoży o co mu chodziło. Jednak żadne słowo, którego mógłbym użyć do określenia tego artysty, nie będzie nawet odrobinę zbliżone do „dobry”.

Czemu? Dzieło powinno być autonomiczne. Atomowe. Niepodzielne i samowystarczalne. Czemu twórca pisze tę książkę, ten wiersz, maluje obraz, rzeźbi ten kawałek kamienia, tworzy symfonię lub rysuje węża w Paincie? Czemu po prostu nie mówi: chodzi mi o to i o tamto, a to i to chciałbym przekazać? No, czemu? Dlatego, że tego co chce powiedzieć, nie da się wyrazić inaczej, niż tylko korzystając z wybranej przez niego formy. Jeśli da się wyrazić, jeśli da się wiersz opowiedzieć własnymi słowami, jeśli da się przesłanie filmu streścić tak, że wpłynie na słuchającego tak jak na widza, to znaczy, że nie mamy do czynienia z żadnym dziełem sztuki. Że forma nijak nie oddaje treści, nie łączy się z nią. Takie coś ma na mnie zadziałać? Pardon, wolę posłuchać muzyki z The Fountain.

Jeśli więc słyszę, że jakiś tfurca mówi o tym, o co mu chodziło w tym czy owym dziele, to niskie mam o takim twórcy mniemanie – czyż nie umiał tego przedstawić korzystając z dostępnych w momencie tworzenia środków?

Wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa. Skoro dobry autor wypowiadając się o swoim dziele, ukazuje tym samym, że jest ono do bani (bo nie broni się samo) to jego interpretacja nie jest żadną wykładnią. Moja – o ile trzymająca się kupy, a więc logiczna – nie będzie ani trochę gorsza niż jego. „Wlazł kotek na płotek” opisem drogi do socjalizmu? Proszę bardzo!

cze 01

Konkurs na najdłuższego węża

Jakoś tak dziwnie jest na tym świecie, że gdy człowiek się wytęży i osiągnie prawie-że-szczyt swoich możliwości twórczych, to nikt tego nie docenia. Jednak wystarczy napisać prostą gierkę i już uważanym jest się za przyszłego Billa Gatesa. Do rzeczy. Poprawiłem nieco węża – wciśnięcie dwóch przycisków naraz nie powoduje już zakończenia rozgrywki. Ale przede wszystkim dodałem nową, dość rewolucyjną funkcję – rezultaty gry zapisywane są w Internecie, dzięki czemu każdy może porównać swój wynik z wynikami innych graczy z całego świata (ha!).

W związku z tym mały konkurs. Osoba która osiągnie najwyższy wynik na ostatniej planszy, otrzyma wysokiej jakości batona Snickers (wskutek osobnej umowy, jeśli najwyższy wynik osiągnie Klaudyna, wygra Pepsi Max). Rozstrzygnięcie konkursu w niedzielę, 8 czerwca 2008 o godzinie 22:00. Nagroda będzie do odebrania w Toruniu, ew. gdzieś w mocno południowej lub mocno północnej Polsce. Zachęcam do rozgrywki.

PS. Warto zwrócić uwagę, że ilość punktów zdobywanych za pożarcie jakiegoś jedzenia zależy od dwóch rzeczy: rodzaju jedzenia i poziomu. O ile na rodzaj jedzenia nie mamy wpływu, to już szybkość można sobie ustalić. Warto – za zjedzenie truskawki na pierwszym poziomie dostaje się 50 punktów, zaś na piątym – 250 :) .

Blog Newtona

Nazywam się Newton. Teraz będę kłamał.

  • Blip
  • litrgy.com
  • Archiwa
    • Sierpień 2010
    • Lipiec 2010
    • Maj 2010
    • Kwiecień 2010
    • Luty 2010
    • Grudzień 2009
    • Listopad 2009
    • Październik 2009
    • Wrzesień 2009
    • Sierpień 2009
    • Lipiec 2009
    • Czerwiec 2009
    • Maj 2009
    • Kwiecień 2009
    • Marzec 2009
    • Luty 2009
    • Styczeń 2009
    • Grudzień 2008
    • Listopad 2008
    • Październik 2008
    • Wrzesień 2008
    • Sierpień 2008
    • Lipiec 2008
    • Czerwiec 2008
    • Maj 2008
    • Kwiecień 2008
    • Marzec 2008
    • Luty 2008
    • Styczeń 2008
    • Grudzień 2007
    • Listopad 2007
    • Październik 2007
    • Wrzesień 2007
    • Sierpień 2007
    • Maj 2007
    • Kwiecień 2007
    • Marzec 2007
    • Luty 2007
  • Wyszukiwanie






  • Strona główna
  • Makler
  • Nauka
  • O autorze
  • To czytam
  • West Highland Way

© Copyright Blog Newtona. All rights reserved.
Designed by FTL Wordpress Themes brought to you by Smashing Magazine

Do góry!