Roczne archiwum: 2007

Lód – recenzja

Tunguskie lasy po katastrofieByła historia. I był rok 1907. I katastrofa była. W syberyjskiej tajdze nastąpił wybuch, który powalił drzewa w promieniu 40 kilometrów. Ludzie dostrzegli tę eksplozję z 1,5 tysiąca kilometrów, usłyszeli zaś z kilometrów 4,5 tysiąca. Od tego momentu dzieje świata zaczęły iść nie w tę stronę, co trzeba.

Ale jak można powiedzieć, w którą stronę powinny iść dzieje świata? Czyżby determinizm? Ale cóż to za determinizm, gdy jednak nie determinuje? Dukaj mówi: prawa. Odkryj człowiecze prawa rządzące historią, a potem sprawdź, czy teraźniejszość zgodna jest z tymi prawami. Nie jest. Na świat w 1907 roku przyszedł Lód.

Lód zamroził historię. Ponieważ Lód pojawił się na Syberii, zamroził najpierw historię Rosji. Nie było więc wojny, rewolucji, Polska to dalej rosyjska prowincja. Spytacie: jak historię mógł lód zamrozić? Sposobów jest kilka.

Znane i zwyczajne pierwiastki: żelazo, węgiel, pod wpływem Lodu zyskały właściwości niezwykłe i niezmiernie przydatne. Rosja stała się jedynym eksporterem tungetytu – materiału 20-krotnie droższego od złota. Nowe bogactwo pozwoliło przetrwać Rosji carów.

Lód wpływa także na logikę. Albowiem w krainie Lata, której Lód nie dotknął, wszystko jest rozmyte, błotniste, ani takie ani takie. Spróbuj zastosować żelazną logikę, ścisłe wynikania na relacje międzyludzkie, na politykę, na ekonomię – nie da się, dziedziny te wbrew logice postępują. Natomiast kraina Zimy – tu Lód wymroził wszelką niepewność. Kraina Zimy to raj dla miłośników detektywistycznych powieści, gdzie samą jeno dedukcją można odkryć kto zabił i dlaczego. Kraina Zimy to raj dla matematyków – albowiem relacje międzyludzkie stają się równie przejrzyste i poddające się ścisłym prawom jak matematyczne równania. Kraina Zimy – tu nawet mówić zbyt wiele nie trzeba, wszyscy posiadając odpowiednie informacje mogą dojść tylko do tych samych wniosków. Tu nie ma wariatów. Ale nie ma też genialnych wynalazców – wymyślenie czegokolwiek wymaga, by udać się poza często uczęszczane myślowe drogi.

No i jest powieść. Głowny bohater – Gierosławski – z krainy Lata zmierza ku krainie Zimy transsyberyjską koleją. Zmienia się nasz bohater – to cecha charakterystyczna dukajowych powieści. Na początku nawet ciężko o nim powiedzieć by istniał – taki jest nijaki. Staje się jednak coraz bardziej. Wraz z nim zmienia się i czytelnik – przynajmniej ten piszący te słowa. Czy to powszechne, że czytając książkę, powieść świat tłumaczącą, chce się to tłumaczenie wraz z bohaterem przyjąć, za swoje uznać? Ba – nawet teraz piszę tak, w takim stylu, jakby to Gierosławski myślał i pisał. Ot – książka lodowa, ma moc zmrozić i czytającego.

Całość stylizowana jest na powieść przełomu XIX wieku. Język, ortografia, rozmiar (ponad 1000 stron) no i czas ukazanych wydarzeń przywodzą na myśl owe dzieła pozytywistyczne. Możemy tu spotkać Teslę, Piłsudskiego, Rasputina – oczywiście w historii zamrożonej, historii alternatywnej. Możemy usłyszeć jak brzmiałyby pijackie przyśpiewki, gdyby historia tak się właśnie potoczyła. Możemy usłyszeć, jak by mówiono. Możemy zrozumieć, jak by myślano. Powieść prawdziwa – opisuje świat i człowieka. Warto.

Powieści

Moim ulubionym gatunkiem literackim jest powieść. Lubię dobrą powieść. Charakterystyczni bohaterowie, błyskotliwe dialogi i wartka akcja. Fabuła nad którą myśli się przez kilka tygodni i styl, który wchodzi w krew na kilka miesięcy. Wiele wątków pobocznych. No i najmniej 350 stron, a dobrze jako powyżej 500. Nie lubię Coehlo. Nie lubię powieści eksperymentalnych (chyba, że posiadają w/w cechy). Nie lubię powieści, w których fabuła jest tylko narzędziem dla ukazania blablabla. Wolę 10 razy przeczytać Lalkę niż jeszcze raz przeczytać Alchemika. Powieści, w których większość zdań zawiera uniwersalną prawdę uważam za nic nie warte z matematycznego powodu: jeśli coś jest uniwersalne, tzn. można to dopasować do każdej sytuacji, to taki obiekt musi należeć do zbioru pustego. Takiemu zbiorowi jest też równa wartość owych sentencyj. Nowoczesne powieści przypominają mi papkę serwowaną w domu dla nerwowo chorych – nie wymagając przetrawienia, podają wszelkie wnioski do jakich powinien dojść czytelnik ot tak, po prostu. Na każdej stronie po 20 wniosków, każdy znajdzie coś dla siebie. Fabularna wersja „książeczek upominkowych„. Fabuła – kto by się nią przejmował. Bohaterowie – jeśli są stypizowani i płascy, to lepiej pasują do stylu przypowieści. Dialogi? Po co owijać absolut w bawełnę? Styl? A jakiż to charakterystyczny styl można nadać zdaniu, nie przekazującemu żadnej konkretnej treści? Sfabularyzowane haiku, autorzy poszli na skróty ku celowi o nazwie „Ukażmy czym jest świat i człowiek”.

Bo taki rzeczywiście powinien być cel powieści. Powieści dobre od czytalnych odróżniam po tym, że te pierwsze rzeczywiście ukazują prawdę o człowieku i świecie, a te drugie – samą jeno opowieść (jak zauważył Philip K. Dick). Ukazanie tych podstawowych prawd nie może jednak odbywać się na poziomie dosłownym. Nie można napisać: albowiem prawdą o człowieku jest tamto i siamto. Nie można tego zrobić z tej chociażby przyczyny, że powieść taka nigdy nie zajmie 350 stron (nie marząc już o 500). Opisana historia, zachowanie bohaterów (psychologiczne prawdopodobne i uzasadnione) – to ma mi ukazać wizję człowieka. Wszelkie zdarzenia i przeciwności, zakończenie i początek, tło – tu chcę dowiedzieć się czegoś o świecie.

Z tego powodu lubię fantastykę. W science-ficition naukowe podejście daje logiczność wywodu. Chęć zachowania realizmu (no, prawdopodobieństwa) w dziedzinie techniki wymusza zachowanie zdrowego rozsądku na innych płaszczyznach. Fantasy ma z kolei długie tradycje w ukazywaniu znakomitych historii (patrz: baśnie). Znana powieść fantasy (6 części, ponad 200 stron każda!) o kilku hobbitach zajmujących się spedycją biżuterii przekazuje więcej prawdy na temat istot ludzkich niż wszystkie Czarownice z Portobello razem wzięte. Choć oczywiście nie tylko fantastyka – chyba, że Dostojewskiego lub innego Prusa za fantastę uznamy.

Tyle rozważań, teraz część pt. „zastosowanie”. Będzie krótko. 6.XII Jacek Dukaj wydaje nową książkę, pt. „Lód„. Dukaj to gość, który napisał m.in. opowiadanie Katedra (ekranizacja niemalże dostała Oskara). Nowa powieść ma ponad 1000 stron, akcja rozgrywa się w carskiej Rosji (m.in. Warszawa, kolej transsyberyjska i sama Syberia), bohaterów jest multum, a autor łączy rozważania filozoficzno-historiozoficzne z wciągającą fabułą. Jak dla mnie – bomba. Miłej lektury życzę Wam i sobie.

Średnik

Kilka lat temu, w liceum jeszcze będąc, napisałem wypracowanie na temat roli średnika w wierszu Marność Naborowskiego. Gdybym wtedy prowadził bloga, to wypracowanie to z pewnością by się na nim znalazło. Nie prowadziłem wtedy, za to prowadzę teraz – zapraszam do lektury! A tak swoją drogą – szkoda, że bieżący kierunek studiów nie daje możliwości pisania takich głupot…

Średnik – renesans czy barok

Podczas jednej z ostatnich lekcji polskiego, omawialiśmy i interpretowaliśmy wiersz Daniela Naborowskiego pt. „Marność”. Ostatnim elementem tejże interpretacji było zwrócenie uwagi na pewien ważny element utworu – myślnik znajdujący się w przedostatnim wersie. Myślnik został bez wahania rozpoznany jako element należący do kultury baroku. Czy jednak zakres naszych zainteresowań może obejmować jedynie myślnik? Nie, byłoby to zubożenie tego tekstu. W mej krótkiej pracy, rozprawce, postaram się omówić znaczenie średnika, który widzimy w drugim wersie.

Średnik ten jest znakiem wielce intrygującym. Jako że utwór łączy w sobie cechy dwóch okresów literackich: renesansu i baroku, podstawowym zadaniem, któremu postaram się sprostać w tejże pracy, jest określenie, do elementów której z tych epok możemy średnik zaliczyć.

Nieuważny czytelnik mógłby zakrzyknąć w tym momencie: „Jak to? Przecież to oczywiste, że średnik z drugiego wersu jest renesansowy!”. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka średnik jest typowo syntetycznym znakiem interpunkcyjnym. Łączy on w sobie kropkę i przecinek. Można więc w nim zobaczyć syntetyczne skłonności autora okresu renesansu, skłonności do łączenia antyku i czasów jemu współczesnych, skłonności do tworzenia rzeczy nowych, złożonych ze znanych już elementów. Wydawać by się więc mogło, że jasno widać tu typowo odrodzeniowy zachwyt nad wielkością człowieka: który stał się tak potężny, iż może nawet łączyć znaki przystankowe w całkiem nowe twory! Myśleniu temu nie można nic zarzucić, jednak moim zdaniem taka interpretacja średnika byłaby powierzchowna. Należy zejść głębiej…

Przypatrzmy się średnikowi dokładniej. Cóż widzimy? Dramatyzm, dynamikę i brak harmonii. Ostatnią cechę możemy zaobserwować w ogromnej niesymetryczności tego znaku. Widać wyraźnie, iż dół przeważa, przecinek jest większy niż kropka. Po połączeniu z treścią drugiego wersu, po którym średnik następuje, wszystko staje się jasne. „I wszystkie ziemskie włości;”. Czymże jest więc to przeważanie dolnego znaku – przecinka, jeśli nie dodatkowym zaznaczeniem skłonności natury ludzkiej do szukania tego co na ziemi, w dole, wśród „ziemskich włości”. Czy któryś z poetów doskonalej potrafił opisać ten dramatyzm, dualizm człowieczeństwa?

W czym zaś przejawia się dynamika? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy zadać inne: do czego podobny jest średnik? Oczywiście do dwukropka! Zaryzykowałbym nawet tezę, iż średnik jest przekształconym dwukropkiem – gdzie jedna z dwóch kropek zmieniona zostaje na przecinek. Co autor mógł nam więc jeszcze przez ten znak powiedzieć? Otóż, moim zdaniem, chodzi o zaakcentowanie potrzeby zmian. Warto zauważyć pewien drobiazg: otóż nie można stwierdzić, że zmiana dwukropka w średnik jest zmianą na gorsze, ani też na lepsze. Autor jest więc zwolennikiem poglądu, że w życiu trzeba coś robić, zmieniać je. Nieważne w jaki sposób – ważne by coś się działo. Daje zresztą temu wyraz w dwóch wersach: „Miłujmy i żartujmy, / Żartujmy i miłujmy”. Czy jest coś bardziej dynamicznego od miłości, czy jest coś bardziej dynamicznego niż średnik?

Jak widać, po odrobinie zastanowienia, można nabrać pewności, że średnik jest elementem kultury baroku. Oczywiście nie jest to wyczerpująca analiza tego znaku – na taką można by wydać kilka książek. Mam nadzieję, że praca będzie inspiracją do własnych przemyśleń i ciekawych sposobów patrzenia na znaki interpunkcyjne.

Młodzież współczesna

Odkryłem dziś, że nie mogę znaleźć wspólnego języka ze współczesną młodzieżą (hehe, jakbym sam nie był przypadkowo jej przedstawicielem). Stałem z Ewą na przystanku tramwajowym, przy którym siedziało trzech miłośników bluz z kapturem i szerokich spodni. Po pewnym czasie jeden z nich podszedł i spytał się „czy mamy czas”. Odpowiedziałem (zgodnie z prawdą), że nie – niedługo miał przyjechać tramwaj, a zresztą nie wiedziałem, co niby mielibyśmy zrobić, gdybyśmy ten czas posiadali. Gość zrobił minę pt. „dostałem, ale takie jest życie, może kiedyś będę mógł oddać” i odszedł.

Dopiero Ewa uświadomiła mi, że chłopakowi chodziło prawdopodobnie o zegarek. Nie wpadł bym. Krzyknąłem oczywiście, że przepraszam, nie zrozumiałem i za siedem ósma i w ten sposób ocalone zostały przyjazne relacje między studentami i licealistami (lub gimnazjalistami – po wyglądzie ciężko rozróżnić).

3 depresyjne piosenki o jesieni i jedna nie

Złota polska jesień. Na dworze zimno jak diabli, deszcz siąpi, wiatr wieje, pięknie jest! A ja lubię taką aurę, pod warunkiem, że siedzę już sobie wieczorem sam w pokoju, światło jest przyciemnione, w zasięgu ręki ciepła herbata i z głośników dobiega jakaś muzyka. Oczywiście, nie będzie to nic radosnego, o nie. Na taki klimat należy wyszukać jakieś beznadziejnie melancholijno-smutne kawałki. Co ciekawe, wiele z nich ma tematykę związaną z jesienią (choć w przypadku najlepszej – Świetlików – ten związek jest nieco naciągany). Oto moja prywatna lista „The best of autumn”.

Na pierwszym miejscu bez wątpienia umieszczam piosenkę Świetlików, pt. Pod wulkanem. Jest tu zawarta taka dawka dekadencji, że wystarczyłoby jej na obdarowanie kilku młodopolskich, zapijających się absyntem artystów, a jeszcze by zostało. Sam początek jest już cudowny:

Po zdjęciu czarnych okularów
Ten świat przerażający jest tym bardziej
Prawdziwy jest – właściwe barwy
Wpełzają we właściwe miejsca

Później mowa jest o śniegu, który spadnie i zakryje wszystko – możnaby to od biedy pod jesień podciągnąć (na dworze jest tak zimno, że śniegiem wcale bym się nie zdziwił).

Drugi utwór pochodzi z jesiennej płyty U2 – chodzi oczywiście o October. Jest to zresztą kawałek tytułowy, a więc właśnie October. Motywem przewodnim jest wspaniała solówka The Edge’a na pianinie. Motyw prosty, ale wystarczająco smutny, by utwór mógł trafić na tę listę. Zwieńczeniem jest krótki wyśpiewany przez Bono z pewnym bólem tekst o ogołoconych drzewach i upadłych królestwach.

Trzeci kawałek nazywa się po prostu Jesień. Swoiste mistrzostwo w dołowaniu (się) pokazał tu nie byle kto, bo sam Edward Stachura. Muzykę do tego cuda dorobiło Stare Dobre Małżeństwo i tak przy akompaniamencie skrzypiec i gitar i przesuwanych po strunach palców powstał krótki (jak zresztą wszystkie powyższe), lecz ładny utwór.

Ponieważ jednak życie nie jest aż tak straszne, na koniec piosenka pogodna (tak jak w przypadku U2 – o październiku). Tomek Budzyński nagrał kiedyś spokojną płytkę pt. Taniec szkieletów, która kończy się utworem również nazywającym się Jesień. Optymistyczna, wszak już nie umrzemy – zostaliśmy tam, gdzie śmierci już nie ma. Może więc i jesień nie będzie taka zła? Właśnie przez okno wpada do mojego pokoju jasne słoneczne światło.

Widelec

Zdażyło mi się w życiu napisać już parę programów. Zwykle ważniejsze niż stukanie w klawisze jest tutaj stukanie się w głowę, by wymyśleć sposób, w jaki konkretny fragment otaczającej nas rzeczywistości przedstawić w jakimś miłym lub mniej miłym języku programowania. Zazwyczaj trzeba było ten fragment rzeczywistości rozłożyć na kilka elementarnych czynności, które po sobie występowały.

Programowanie strukturalne pozwoliło lepiej nieco te elementarne czynności przedstawić – najpierw można było napisać małe części – funkcje i procedury (np. „okno”, „drzwi”, „dach”), a potem z nich stworzyć większą całość – „dom”, np. każąc programowi stworzyć 4 okna i jeden dach. Nie trzeba było za każdym razem od nowa uczyć głupiego komputera, jak to okno ma wyglądać – wystarczyło zrobić to raz.

Kolejny krok – programowanie obiektowe – pozwala na jeszcze lepsze odwzorowanie rzeczywistości. Twórca takiego paradygmatu w programowaniu musiał być chyba zafascynowany platońską filozofią – ideami i przedmiotami je odzwierciedlającymi. Bo i w programowaniu obiektowym mamy idee (nazywane klasami) i przedmioty, które są namacalnymi tych idei przedstawieniami (nazywają się te przedmioty obiektami). Można więc stworzyć ideę – klasę okna, a później zrobić jedno okno drewniane, inne szklane, a wszystkie te obiekty są tego właśnie typu – okna.

Jednak prawdziwy przewrót kopernikański (w końcu w Toruniu) nastąpił, gdy poznałem funkcję fork. Funkcja ta nie jest bezpośrednio związana z paradygmatami o których wyżej, ale ma wielkie znaczenie, którego chyba sobie jeszcze do końca nie uświadomiłem. Otóż funkcja fork (z ang. widelec) sprawia, że program się rozwidla. Od momentu jej wywołania działają jednocześnie dwa programy, wykonujące te same instrukcje (jeden nazwany potomkiem, drugi rodzicem). No, może nie całkiem równocześnie, ale człowiek (ani program) i tak nie zauważy różnicy.

Każdy z tych dwóch programów jest w stanie sprawdzić, którą instancją jest, a nawet skomunikować się z tym drugim. Oczywiście byłem świadom istnienia takiej możliwości, a nawet tego, że jest dość często używana, ale co innego słyszeć, a co innego samemu użyć i zobaczyć, że to działa i jest dość proste. Już nie ciąg operacji następujących po sobie, ale dwa ciągi zdarzeń. Albo cztery. Albo 128. Wszytko naraz. W jednej chwili. Szok.

Synchronizacja PDA z Thunderbirdem

Wpis dość mocno techniczny, ale może się kiedyś komuś przyda. Na swoim laptopie korzystam z Linuksa. Do poczty używam programu Thunderbird (dostępnego zresztą także i pod Windowsy). Mój PDA (o którym gdzieś tam niżej) – czyli SPV M3100 vel HTC TyTN posiada możliwość synchronizowania kalendarza i listy kontaktów z komputerem. Niestety obsługiwany jest jedynie Windows z programem ActiveSync i MS Outlookiem. Wczoraj udało mi się znaleźć sposób na synchronizację z Linuksem. Oto ta metoda:

  1. Rejestrujemy się w ScheduleWorld.
  2. Na PDA instalujemy program Funambol, zapewniający obsługę protokołu SyncML.
  3. Na PC instalujemy plugin do Thunderbirda, zapewniający obsługę protokołu SyncML. Ten podlinkowany obsługuje tylko ScheduleWorld ale ma jedną zaletę – działa. Inne pluginy (Funambol i tsync) niestety nie działały.
  4. Konfigurujemy soft na PDA i PC do korzystania z naszego konta założonego w punkcie 1.
  5. Synchronizujemy.

W ten sam sposób można zapewne synchronizować książki adresowe innych urządzeń, obsługujących SyncML (np. większość nowszych komórek). No i mamy dostęp do naszych danych przez WWW – na stronie ScheduleWorld.

Doctor Who

Przeglądając listę laureatów międzynarodowej nagrody dla najlepszych utworów sci-fi Hugo, wpadła mi w oko pozycja podpisana jako Best Dramatic Presentation, Short Form. Najlepszą krótką formą w roku 2006 okazał się odcinek serialu Doctor Who pt. Girl in the fireplace. Nazwa serialu wcześniej obiła mi się o uszy, jednak na znajomości tytułu moja wiedza się kończyła. Zaintrygowała mnie jednak nazwa odcinka i po krótkim poszukiwaniu znalazłem miejsce, gdzie można odcinek obejrzeć online (choć nie wiem jak z prawami autorskimi). Urzekł mnie klimat, sama historia i dialogi. I na tym moja fascynacja Doctorem Who by się skończyła, gdyby nie fakt, że kilka dni później odkryłem, że w Polsce można kupić na DVD serię (13 odcinków) z 2005 roku. Niewiele się zastanawiając (bo i cena przystępna) zamówiłem te prawie 10 godzin dobrej (jak się spodziewałem) zabawy. Nie zawiodłem się. Serial jest super i to z kilku przyczyn:

Doctor1. Główny bohater. Tajemnicza postać, ostatni przedstawiciel Władców Czasu. Przedstawia się jako Doktor. Bardzo sympatyczny, a przy tym charakterny. Zawsze zachowuje pogodny humor, a szczególnie rozbrajający jest uśmiech z jakim wypowiada słowo fantastic, gdy dowiaduje się, że losy ziemi i rasy ludzkiej po raz kolejny zależą od niego i jego asystentki, Rose. Umie się odnosić do siebie z dystansem, choć zna swoją wartość (Jeśli jestem mądry, a jestem genialny, to może się udać!). Mimo wszystko ma jednak 900 lat i jest istotą potężną – boją się go nawet niszczycielskie Daleki:

Dalek-Nie! Oznacza to, że ocalę ją! Zamierzam ocalić Rose Tyler z samego środka floty Daleków. Później zamierzam ocalić Ziemię. Następnie, żeby to dobrze skończyć, zniszczę wszystkie śmierdzące Daleki.
-Ale nie masz żadnej broni! Żadnych sił! Żadnych planów!
-Jasne! Śmiertelnie was to przeraża, prawda?

2. Humor. Nasz bohater podróżuje przez czas i przestrzeń statkiem o nazwie Tardis, który wygląda ni mniej ni więcej jak niebieska budka telefoniczna. Jego głównym narzędziem jest niesamowity, ultradźwiękowy… śrubokręt. Humor nie czyni jednak z serialu komedii, gdyż…

3. Fabuła jest zwykle dość ambitna, a często nieco straszna (wyobraźcie sobie dziecko w masce gazowej, które przychodzi nie wiadomo skąd i jedyne słowa jakie wypowiada to: „czy jesteś moją mamusią?”… brrr…). Fabuła może skłonić do rozważań, np. na temat roli TV w świecie (rozwój ludzkości został zahamowany o co najmniej 100 lat, gdy władzę nad TV przejęli kosmici). Uzupełnieniem fabuły są doskonały…

4. Dialogi. Zapadają w pamięć i dobrze przedstawiają charaktery bohaterów. Często powodują, że po plecach przechodzą ciarki (tak jak tamten powyżej). Posłuchajcie jeszcze tego:

Robot: Jestem siódmym robotem naprawczym.
Doktor: Co stało się w takim razie ze statkiem kosmicznym? Jest tam wiele zniszczeń.
Robot: Burza jonowa, 82% systemu zostało uszkodzone.
Doktor: Ten statek nie poruszał się przez lata. Co się stało?
Robot: Nie mieliśmy części.
Mickey: Wszystko do tego się sprowadza, prawda? Do braku części.
Doktor: Co stało się z załogą, gdzie oni są?
Robot: Nie mieliśmy części.
Doktor: Ale powinno tam być 50 osób. Co się z nimi stało?
Robot: Nie mieliśmy części.
Doktor: Niemożliwe, że 50 osób po prostu zniknęło. Gdzie… Aha. Nie mieliście części, więc użyliście załogi.

5. Estetyka. Serial jest produkowany już od lat 60. Nie było wówczas wielkich możliwości technicznych jeśli chodzi o efekty specjalne. Dodatkowo, przy serialu pracowało wówczas wielu radiowców, dlatego większość efektów było efektami dźwiękowymi. Teraz oczywiście w serialu wykorzystywane są efekty generowane komputerowo, jednak nie ma się wrażenia przesytu, znanego z wyjścia po kinie z jakiejś wielkiej hollywodzkiej produkcji.

Kiedyś nawet leciało na TVP, może znowu kiedyś puszczą? Polecam.

Mam PDA

Gdy byłem młodszy i oglądałem filmy przygodowe dla młodzieży (wiecie, te o grupce młodych ludzi którzy ratują świat przed globalnym zanieczyszczeniem, czy czymś jeszcze gorszym), często pojawiały się tam rozmaite gadżety. Jednym z najczęściej używanych był kieszonkowy komputerek z dostępem do jakiejś sieci (w chwili, gdy oglądałem te filmy, Internet nie był jeszcze chyba tak rozpowszechniony), pozwalający na przeprowadzenie telekonferencji. Bardzo chciałem wtedy mieć taki gadżet. Jakiś czas temu postanowiłem kupić sobie palmtopa (choć nie wiem, czy ma to związek z niezrealizowanymi dotąd marzeniami dzieciństwa).

Do tej pory miałem telefon Sony Ericsson P910i, który też jest już całkiem niezłym komputerkiem, ale to jeszcze nie to. Główną wadą był w jego przypadku brak WiFi – sieci bezprzewodowej, no i jego system operacyjny o dźwięcznej nazwie Symbian. Niestety jest na niego nieco mniej oprogramowania i ciężko jest (moim zdaniem) tworzyć własny soft, niż ma to miejsce w wypadku konkurencyjnego Windows Mobile.

Ponieważ nie chciałem nosić dwóch urządzeń jednocześnie (zabrakłoby w końcu kieszeni), postanowiłem rozglądnąć się za palmtopem, który miałby jednocześnie moduł GSM, czyli byłby między innymi telefonem. Szczególną uwagę zwróciłem na produkty firmy, która specjalizuje się w takich urządzonkach – mowa tu o HTC. Firma ta znana jest również jako SPV, a czasem jako MDA. Najpierw myślałem o M3000. Jest dość mały i sympatyczny, niestety ma już swoje lata. Jego wady to wolny procesor (200MHz) no i to, że wyszedł już ze sprzedaży oficjalnymi drogami dystrybucji. Ja i tak chciałem kupić model używany, ale brak wsparcia producenta oznacza w szczególności brak aktualizacji oprogramowania.

Rozejrzałem się więc za nieco nowszymi zabawkami. Bardzo zainteresował mnie M5000. Duży ekran (640×480), szybki procesor – super! Niestety duży ekran sprawia, że całe urządzenie jest dość duże. Nie ma tu mowy o noszeniu w kieszeni. Musiałbym więc nosić go w plecaku, a więc pewnie pozostawić sobie drugi telefon, by mieć go zawsze przy sobie. W pewnym momencie byłem o krok od kupna, jednak na Allegro wypatrzyłem w dość atrakcyjnej cenie model, który został w końcu moją własnością. Mowa tu o…

SPV M3100. Ten PDA ma mniejszy ekran (320×240), jednak dzięki temu mieści się bez problemu w kieszeni i jest w dodatku mniejszy od mojego poprzedniego telefonu. Ma szybki procesor (400MHz), dzięki czemu Windows Mobile się nie ślimaczy. Ponadto jest cały czas wspierany przez producenta, dzięki czemu od paru tygodni dostępny jest Windows Mobile 6 (poprzednie opisywane modele miały system w wersji 5). Fajnie, gdyby producenci komputerów również za darmo aktualizowali Windowsy ;).

Poza wspomnianymi wyżej cechami komputerek posiada pełną wysuwaną klawiaturę QWERTY. Ułatwia to bardzo pisanie SMS-ów, maili, czy korzystanie z innych aplikacji (w Windows Mobile jest Word, Excel i PowerPoint). Wbudowane są także dwa aparaty. Ten z tyłu ma 2 megapiksele i służy do nagrywania filmów/zdjęć (choć osobiście nie lubię korzystać z tej funkcji jakichkolwiek urządzeń, nie będących aparatami fotograficznymi). Kamerka z przodu może służyć do prowadzenia telekonferencji. Być może Skype będzie kiedyś obsługiwał to urządzenie?

Urządzenie posiada również interfejsy IrDA (może przy zainstalować oprogramowanie do sterowania domowym sprzętem RTV bezpośrednio z PDA – tak jak zwykłym pilotem), bluetooth oraz WiFi. Mnie najbardziej cieszy ten ostatni – przy dużej dostępności sieci bezprzewodowych, można rzeczywiście powiedzieć, że Internet jest wszędzie :). Tam gdzie nie ma WiFi, można się łączyć przez GPRS, Edge i UMTS. Jest również port mini-USB, do zasilania, słuchawek i synchronizacji. No i port kart – microSD (dość tanie, na Allegro 70zł za 2GB, z gwarancją).

Minusem są słuchawki. Nie ma tu normalnego wejścia słuchawkowego (mini-jack) a jedynie wejście mini-USB i trzeba wydawać kolejne pieniądze na odpowiednie przejściówki.

A jakie odczucia z samego użytkowania? Dość szybko przyzwyczaiłem się do Windowsa, telefon posiada fajny kalendarz i książkę adresową. Wszystko to można synchronizować z Outlookiem. Niestety, użytkownik Linuksa z Thunderbirdem nie będzie korzystał z tej opcji zbyt często. Poza tym możliwości są naprawdę ogromne – od gier (Worms World Party, Age of Empires, Tomb Raider – wszystko tak wygląda i brzmi jak na PC), aż po soft naukowy (są tu nawet poważne systemy Computer Algebra System – tak więc mój PDA może scałkować jakieś wredne funkcje za mnie ;).

Student informatyki może sobie również ściągnąć za darmo Microsoft Visual Studio 2005 (dzięki uczelnianemu programowi MSDNAA), odpowiednie dodatki i samemu pisać oprogramowanie na to cudeńko. Oczywiście skorzystałem z tej możliwości. Owocem moich 4-dniowych męk jest programik wyświetlający nazwę danego dnia z kalendarza liturgicznego (np. dziś jest to XXII Niedziela okresu zwykłego). Programuje się całkiem przyjemnie, po raz pierwszy pisałem coś większego w C# – nowym (no, parę lat…) języku Microsoftu. Pisanie dla PDA nie różni się niczym od pisania dla zwykłego komputera, do momentu, gdy chciałoby się wykorzystać jakieś szczególne funkcje, których na zwykłym PC się nie uświadczy. Na przykład korzystanie z tego ekranu, na którym są wyświetlone różne informacje (nazywa się to Today screen) to prawdziwa mordęga…

Gdyby ktoś chciał, to może sobie ściągnąć pliczek i zainstalować na swoim PDA. Dołożyłem wszelkich starań, żeby wszystko działało OK, ale nie odpowiadam za błędne działanie programu. Powinno działać pod Windows Mobile 6, jeśli ktoś chce, żeby mu skompilować pod wcześniejszy system, niech da znać.

Legenda

Blog przeradza mi się powoli w serwis muzyczny, ale co poradzić? Najlepszą płytą jaką słyszałem w życiu jest bez wątpienia Legenda zespołu Armia. Ostatnio w Merlinie zamówiłem reedycję tejże i w ciągu dwu dni przesłuchałem te 46 minut czadu już kilka razy. Czad dosłownie – i w muzyce i w tekstach i w śpiewie (melorecytacji? krzyku?) Budzego. Klimat wręcz się z tej płyty wylewa, całości dopełnia świetna okładka.

Pamiętam, że parę lat temu, gdy pierwszy raz pożyczyłem od znajomego tę płytę, podobała mi się na początku tak sobie. Przeglądałem sobie książeczkę z tekstami i natrafiłem na taki fragment:

Czy ryby jeszcze drżą w oceanie?
Czy wiatr się zrywa, czy bije dzwon?
Czy przyjdziesz znów daleko stąd?
Czy będę jeszcze Twoim przyjacielem?

Tekst mnie powalił i odtąd z większą uwagą wsłuchiwałem się w to, co Tom tam wyśpiewuje. Teksty mistyczne, choć jeszcze nie nawiązujące bezpośrednio do chrześcijaństwa (no, poza kilkoma miejscami) – był to czas poszukiwań. Do tego dokłada się wspaniała muzyka skomponowana głównie przez Roberta Brylewskiego. Całość – moim zdaniem – świetnie zbliża się do opisu Absolutu, czegoś, czego nie można wyraził słowami. Jeśli w każdym tkwi jakiś geniusz, który czasem objawia się na jedną chwilę, a wszystko inne jest już tylko przed nim albo tylko po nim, to tą chwilą geniuszu dla Armii jest Legenda.

A tak na marginesie – zauważyłem, że o opisywanych płytach nie wyrażam się na blogu w inny sposób, niż tylko w superlatywach. No ale po cóż opisywać knoty?

Z rzeczy typowo blogowych (życie…), to byłem na rekolekcjach, potem w Krakowie, a teraz czytam książkę Lema, z którego upodobaniem do kilkustronicowych opisów ciężko mi się pogodzić.