Jakimś cudem (koleżanka koleżanki) o naszym wrześniowym wyjeździe do Dolomitów dowiedział się klub Bezdroża. Zostałem poproszony o pokazanie slajdów z wyjazdu na spotkaniu tegoż właśnie klubu. Slajdy pokazałem wczoraj wieczorem - poniżej prezentacja, jeśli ktoś chce sobie pooglądać. Jakość zdjęć jest dość słaba, można sobie ściągnąć wersję ładniejszą (około 17 MB).
Od kilku dni chodził mi po głowie pomysł na serwis: czytania liturgiczne z możliwością dodawania własnych notatek (dla siebie, w przyszłości może dla innych). Serwis miał być maksymalnie prosty, duże litery, miła obsługa i tak dalej.
Dostępna jest już beta (wersja testowa). Zapraszam na litrgy.com
Po zarejestrowaniu można dodawać własne notatki (należy zaznaczyć fragment i kliknąć na ołówekpióro, który się pojawi).
Po obejrzeniu Quantum of Solace mam wrażenie, że nowy Bond postanowił wszystkich wkurzyć. Tak więc, po kolei:
Przede wszystkim wkurza oczywiście swoich wrogów - szefa organizacji terrorystycznej (tym razem strojącego się w piórka ekologa, w czym pomaga nazwisko: Green) oraz pewnego obleśnego typa mającego ambicje stać się dyktatorem Boliwii. Akurat ten rodzaj wkurzania Bond trenuje od początku swoich dziejów.
Po wtóre - wkurza również swoich sprzymierzeńców, w szczególności przełożonych. Wkurza przez zbyt wielką ilość trupów, które za sobą zostawia, a - jak wiadomo - trupa ciężko jest przesłuchać. W pewnym nawet momencie Bond zostaje pozbawiony kart kredytowych i paszportów, zaś w innym momencie pozbawiony jest przez mocodawców nawet broni. O tym, że mu to w niczym nie przeszkadza nie muszę chyba mówić.
Wkurza w końcu fanów serii 007. O ile Casino Royale bazowało na prostej negacji stereotypowych zachowań Bonda, co obrazuje słynny dialog:
-Wstrząśnięte czy mieszane?
-Mam to w dupie.
więc o ile bazowało na negacji, to w najnowszej części bohaterowi już wszystko wisi. Nie ma zamiaru ani negować, ani potwierdzać stereotypów. Spytany co pije, odpowiada, że nie wie. Nie ma żadnych gadżetów, których nie dałoby się kupić na e-bayu. Niegdyś wzór dobrego wychowania, teraz wrzuca trupa przyjaciela do kontenera na śmieci, wyciągając mu jeszcze z portfela pieniądze. Kiedyś elegancki dżentelmen, teraz przez większą część filmu chodzi w zakrwawionych pozostałościach garnituru. Myślę, że gdyby Świetlicki lub Bursa byli tajnymi agentami, to mieliby właśnie taki styl, jaki ma przemieniony Bond - upijając się na pokładzie wyczarterowanego samolotu.
Każdy film z Bondem opiera się na schemacie złożonym z 3 elementów: pościg, walka, scena łóżkowa. Producenci zdają się być znurzeni takim schematem i tym, że muszą tak film skonstruować. Niektóre sceny walki lub pościgów są tak nakręcone, że nie wiadomo już kto z kim walczy, ani kto kogo ściga. Wszystko rozmywa się - tak jakby producenci wiedzieli, że w umyśle widza wszystkie sceny walk z każdej części i tak zleją się w jedno - i taki rozmyty “zlepek” już przedstawiają. Podobnie jest ze sceną łóżkową. Wiadomo, że musi być, ale dodana została jakby producentom filmu już zwyczajnie się nie chciało, jakby ich to męczyło. W jednej scenie Bond zaprasza kobietę do apartamentu, w kolejnej: leżą już w pościelach. OK, miejmy to już za sobą, była scena? Była.
Oczywiście, nie sądze, by producentom się rzeczywiście nie chciało - wszystkie te zabiegi są rzecz jasna celowe. I wiecie co? Wychodzi to filmowi na dobre. Oprócz znakomitej sensacji, mamy też film, który w ładny sposób rozprawia się ze stereotypizowaną do granic możliwości serią. Polecam.
PS. Piosenka początkowa jest fajna. Moje pierwsze skojarzenie to King Crimson z kobiecym wokalem (choć hiphopowa maniera niezbyt do skojarzenia pasuje). Zresztą, zobaczcie sami:
A co by się stało, gdyby nie wpompowano tych pieniędzy w banki? Zaklinacze deszczu potraciliby pracę i majątki, może część ludzi straciłaby oszczędności, ale może na dłuższą metę przywrócilibyśmy kapitalizm?
– Liczyłem na to, że tak się stanie. Myślałem: krach spowoduje, że zaczniemy się zastanawiać, czy to, co zbankrutowało, to rzeczywiście był kapitalizm, gospodarka wolnorynkowa. Bo moim zdaniem nie. Ale, niestety, orkiestra na bankowym „Titanicu” zagrała tak głośno, że głosy rozsądku, również w Kongresie amerykańskim, zostały zagłuszone. Trochę tak jak w starym żydowskim dowcipie: Salcie pyta Mośka, dlaczego on spać nie może. Mosiek mówi: „Salcie, bo pożyczyłem od naszego sąsiada dużo pieniędzy i nie mam z czego oddać”. Więc Salcie podeszła do okna, otworzyła je i krzyczy: „Icek! Mosiek ci nie odda pieniędzy!”. Odwraca się i mówi: „Wracaj, Mosiek, do łóżka, teraz to już jest jego problem”. Tak zrobili bankowcy z Wall Street – zaczęli wrzeszczeć do podatników: „Tragedia, tragedia”, żeby ich problem stał się problemem podatników. A widziałem taką piękną demonstrację na Wall Street z pięknym transparentem, na którym było napisane: Jump fuckers.
Lao Che to zespół, który sporo poprzewracał w Polskiej scenie muzycznej. Najpierw zaszokował wszystkich tym, że o historii można mówić w przebojowy sposób - nie popadając jednocześnie w patos. Chodzi oczywiście o Powstanie Warszawskie. Natomiast ostatnia płyta - Gospel - dzięki genialnym tekstom i oryginalnej muzyce długo widniała na listach bestsellerów. W niedzielę, 12 X 2008, Lao Che zawitało do Torunia, gdzie o 20.30 rozpoczęli koncert “Pod aniołem” w “Piwnicy pod aniołem”.
Niedzielnym wieczorem przed lokalem ustawiła się dość spora kolejka fanów liczących, że uda się kupić jeszcze bilet - niestety wszystkie wyprzedane były już kilka dni wcześniej. Dość długo trwały przygotowania, ustawianie głośności poszczególnych głośników i instrumentów, zresztą drobne poprawki na żądanie zespołu dokonywane były praktycznie po każdej piosence pierwszej połowy koncertu.
A same piosenki - rozpoczął Gospel i Bóg zapłać, później Kowboje, następnie przeboje z Powstania i praktycznie do końca koncertu zespołowi udało się zachować równowagę między wszystkimi płytami oprócz pierwszej - z Guseł były tylko 3 piosenki. Jednak płyta ta jest jednocześnie najmniej znana i zdaje się, że fani byli zadowoleni z takiego rozkładu. Kapela umiejętnie dysponowała naszymi siłami, po co ostrzejszych kawałkach następowała chwila na rytmiczne kiwanie się do melodii mpaKOmpaBIEmpaTA czy Wiedźmy.
Mnie najbardziej chyba cieszyły kawałki z Powstania: moim osobistem numerem jeden jest Barykada. Barykado, nasza Polsko mała, idź pod prąd daje piękne możliwości dialogu z publicznością, zaś przejście ze spokojnej zwrotki do czadowego refrenu jest jedną z najlepszych rzeczy, jaką można przeżyć na koncercie i przeżyć w ogóle Warto przyjść na koncert także dla usłyszenia niech żyje Polska z gardeł setki studentów - i nie ma to nic wspónego z jakimkolwiek nacjonalizmem, jest za to naprawdę fajne. To zdaje się być przesłaniem zespołu i tej płyty: ludzie Powstania to byli naprawdę fajni ludzie, a z drugiej strony - podobni do nas.
Po koncercie oczywiście nastąpiły bisy. Pierwsze były przygotowane, zespół wyszedł nie dając nam zbyt długo czekać. Na drugą porcję bisów musieliśmy już nieco czekać - a gdy zespół pożegnał się po raz drugi, serwując nam Siekierę, najwytrwalsi skandowali Lao Che przez circa 10 minut. I kapela wróciła, dając nam okazję do pogo przy Godzinie W. Wszyscy podziękowali gromkim “Dzię-ku-je-my, dzię-ku-je-my” za te dwie godziny świetnej zabawy. Do następnego koncertu!
Decyzja została podjęta: pod koniec września jedziemy w góry. Rumuńskie góry: Maramuresz. Podobno bardzo urokliwe, mieliśmy tam spędzić tydzień, spanie pod namiotami, pożywianie się zupkami chińskimi, itd., czyli: typowe studenckie wakacje. Niestety, pogoda w Yahoo skutecznie zniechęciła nas do wyjazdu - komu zresztą miła byłaby perspektywa tygodniowego moknięcia. Szybka zmiana planów - jedziemy w Dolomity, góry północnej części Włoch, gdyż jedynie w ten obszar Starego Kontynentu zaglądało podówczas słońce. czytaj dalej »
Obejrzałem dziś po raz któryś tam Fight Club. Kiedy oglądałem ten film za pierwszym razem, wymiękłem po pierwszych 30 minutach. Film wydawał się dziwny, na dodatek zapowiadało się, że głównym motywem jest historia grupy ludzi, którzy sens życia odnaleźli we wzajemnym waleniu się pięściami. Za drugim razem doszedłem do końca i… film mnie olśnił - zwłaszcza fabularnie. Może gdy ma się do czynienia z czymś naprawdę dobrym, to trzeba do tego dojrzewać? Każda kolejna projekcja (no, powiedzmy do czwartej pozwala wejść głębiej i głębiej.
Nasze społeczeństwo wkracza powoli w etap, na który ten film jest satyrą. Fight club to lek na zagubienie związane z tą przemianą, generującą pokolenie yuppie. Pociągająca jest taka kontestacja, takie stawianie siebie ponad, a w przypadku Fight Clubu - poniżej tego wszystkiego. Świadomość: obejrzałem film, w którym mówią, że “nie jesteś zawartością swojego portfela”, więc rzeczywiście wiem o życiu coś więcej, odkryłem prawdę, mogę więc wrócić za swoje biurko. Jak twierdzą mądre i odwieczne otchłanie Internetu, “watching Fight Club does not make you a Philosopher”. Mimo to film jest dobry, polecam.
Oglądaliśmy ostatnio Dark Knight - rzeczywiście, mroczny. Na szczęście były śmieszne momenty, na przykład magiczna sztuczka ze znikającym ołówkiem:
A tak na serio - wsłuchajcie się, w jaki sposób Joker wypowiada słowa, popatrzcie jak się porusza - jak dla mnie, to Heath zrobił z klowna najciekawszą postać filmu. Szkoda, że nie żyje.
Jestem po lekturze Legend miejskich, książki autorstwa Marka Barbera. Do kupna zachęciła mnie osoba tłumacza - Wojciecha Orlińskiego, o którym już niegdyś na łamach bloga wspominałem (link do jego blogu po prawej stronie). Dodał on również kilka legend charakterystycznych dla naszego pięknego kraju (czy może raczej narodu).
Czym jest legenda miejska? Można ją nazwać “megaplotką”, najczęściej jest to bardzo dziwna, choć prawdopodobna historia, która przytrafiła się przyjacielowi przyjaciela. Przykład takiej legendy to historia o czarnej wołdze, lub o narkomanach terroryzujących ludzi za pomocą strzykawek zatrutych HIV. Książka opisuje kilkadziesiąt takich legend, dzieląc je na grupy (Horror, Zwierzęta, Kulinaria, Legendy internetowe, itd.) Widać jak wielką pracę wykonał autor, starając się dojść do źródła każdej z legend - niektóre z nich określił nawet jako prawdziwe, inne są niewątpliwie fałszywe, lecz najwięcej jest nierozstrzygniętych.
Czyta się to bardzo fajnie - co wynika niejako z samej tematyki. Legendy miejskie to krótkie historyjki, które powinno się fajnie czytać, jeszcze fajniej słuchać, a najfajniej opowiadać. Warto również zajrzeć na stronę autora, zawierającą skatalogowane w książce opowieści.
Ostatnia płyta Coldplay jest jak wakacje. Przypomina mi długie, choć pełne życia (tytuł płyty zobowiązuje) wakacyjne wieczory, po dniu pełnym wrażeń - jest tu pewien spokój, ale jednocześnie od czasu do czasu daje o sobie znać skumulowana energia. Wakacje są fajne, więc i płyta jest w porządku.